
Milknę. Doktor Joyce patrzy na mnie znad szkieł okularów w złotych oprawkach.
— To wszystko? — pyta. Potwierdzam skinieniem głowy.
— Potem się budzę.
— Tak po prostu? — Doktor Joyce wydaje się zmartwiony. — Nic więcej?
— Koniec snu — odpowiadam szorstko.
Doktor Joyce sprawia wrażenie zupełnie nie przekonanego (nie winię go za to wcale, to wszystko stek kłamstw) i kręci głową w geście, który chyba wyraża poirytowanie.
Stoimy na środku sali z sześcioma czarnymi ścianami i bez mebli; to kort do rackets, zbliżamy się do końca meczu. Doktor Joyce — pięć-dziesięciolatek, dość sprawny, lecz trochę otyły — wierzy w sensowność udziału w zajęciach swoich pacjentów ilekroć to możliwe; obaj gramy w rackets, więc zamiast siedzieć w jego gabinecie, przyszliśmy tutaj na mecz. Opowiadałem mu mój sen na raty, między kolejnymi piłkami.
Doktor Joyce cały jest różowy i szary: siwe kędzierzawe włosy, różowa twarz, cętkowane szaroróżowe ramiona i nogi sterczące z szarych szortów. Jego oczy za zabezpieczonymi łańcuszkiem okularami w złotych oprawkach są jednak niebieskie: bystre, ciemnoniebieskie i osadzone w jego różowej twarzy jak kawałki szkła wetknięte w talerz z surowym mięsem. Ciężko dyszy (ja nie), pot się z niego leje (ja spociłem się dopiero przy ostatniej piłce) i patrzy bardzo podejrzliwie (jak już powiedziałem, nie bez powodu).
— Budzi się pan? — pyta.
Staram się jak mogę, żeby w moim głosie zabrzmiało rozdrażnienie:
— Nie mogę, do cholery, kontrolować tego, co mi się śni. — (Kłam stwo).
Doktor wydaje z siebie profesjonalne westchnienie i używa swojej rakiety wyłapującej do zgarnięcia piłki, do której nie zdążył podczas ostatniej wymiany. Wlepia wzrok w ścianę serwisową.
