
— Cóż za poetyka — rzekła Dona Crista. W jej głosie nie było ironii. Mówiła poważnie. — Czy prosiaczki rozumieją, że wysłaliśmy im jako ambasadora najlepszego z nas?
— Próbuję ich przekonać, ale są raczej sceptyczni.
— myślę ci ją jutro. I ostrzegam — chce zdać ten egzamin na zimno. Nie zgodzi się na żadne pytania spoza dziedziny.
— Bardziej mnie martwi, co się stanie potem — uśmiechnął się Pipo. — Jeśli nie zda, będzie miała nowe problemy. Jeśli zda, wtedy ja zacznę je mieć.
— Dlaczego?
— Libo zacznie mnie męczyć, żebym pozwolił mu przedterminowo zdać egzamin na Zenadora. A kiedy mu się uda, będę mógł wrócić do domu, zwinąć się w kłębek i umrzeć.
— Jesteś zwariowanym romantykiem, Pipo. Jeśli w Milagre jest ktoś zdolny do uznania swego trzynastoletniego syna za kolegę, to tylko ty.
Kiedy odeszła, Pipo i Libo pracowali razem, jak zwykle. Pipo porównywał wyniki Liba, jego sposób myślenia, domysły i podejście z tym, co prezentowali studenci, których znał na uniwersytecie, zanim przyłączył się do Kolonii Lusitanii. Chłopiec był mały, musiał opanować jeszcze sporo wiedzy i teorii, ale był już prawdziwym uczonym w metodyce i humanistą w sercu. Nim skończyli i pod wielkim, oślepiająco jasnym księżycem ruszyli razem w stronę domu, Pipo uznał, że syn zasługuje, by traktować go jak kolegę. Nieważne, czy przystąpi do egzaminu, czy nie. Testy i tak nie potrafią zmierzyć tego, co naprawdę się liczy.
I nieważne, jak zareaguje Novinha, ale Pipo zamierzał się przekonać, czy posiada ona te niewymierne cechy naukowca. Jeśli nie, postara się, by nie zdawała egzaminu, choćby zapamiętała nie wiedzieć ile faktów.
Pipo nie zamierzał jej niczego ułatwiać. Novinha wiedziała, jak zachowują się dorośli, gdy planują się jej przeciwstawić, ale nie chciała się kłócić, czy nawet być złośliwa. Oczywiście, oczywiście, możesz przystąpić do testów. Ale nie ma powodów do pośpiechu. Odczekajmy chwilę, upewnijmy się, że zdasz za pierwszym podejściem. Novinha nie chciała czekać. Novinha była gotowa.
