
— Nigdy nam nie wybaczy dzisiejszego dnia — szepnął Pipo do żony.
— Wybaczy? — Conceićao nie należała do kobiet, które natychmiast podchwytują tor myśli męża. — Przecież to nie my zabiliśmy jej rodziców…
— Ale wszyscy dziś świętujemy, prawda? Tego nam nie wybaczy.
— Bzdura. Zresztą, i tak nie rozumie. Jest za mała.
Rozumie, pomyślał Pipo. Czy Maria nie rozumiała wielu spraw, gdy była nawet młodsza od Novinhy?
Mijały lata — w tym roku już osiem — i widywał ją czasem. Była w wieku jego syna, Liba, a to oznaczało, że razem chodzili na lekcje. Słuchał jej wystąpień i referatów, które wygłaszały często wszystkie dzieci. Cechowała ją pewna elegancja myśli, precyzja analizy, która silnie do niego przemawiała. Jednocześnie dziewczynka robiła wrażenie całkowicie chłodnej, obojętnej wobec wszystkich. Chłopak Pipa, Libo, był nieśmiały, a przecież miał kilku przyjaciół i zdobył sympatię nauczycieli. Novinha nie miała przyjaciół, nie miała nikogo, czyjego spojrzenia szukałaby wzrokiem w chwili tryumfu. Nie było nauczyciela, który by ją szczerze lubił, ponieważ nie reagowała, nie okazywała wzajemności.
— Jest emocjonalnie sparaliżowana — powiedziała kiedyś Dona Crista, gdy Pipo o nią spytał. — Nie można sięgnąć do jej wnętrza. Twierdzi, że jest absolutnie szczęśliwa i nie widzi potrzeby zmian.
A teraz Dona Crista przyszła do Stacji Zenadora, by porozmawiać z Pipem. Dlaczego właśnie do niego? Potrafił wymyślić tylko jeden powód, by dyrektorka szkoły zjawiła się tutaj w sprawie pewnej osieroconej dziewczynki.
— Czy mam wierzyć, że przez te wszystkie lata, kiedy Novinha uczyła się w szkole, tylko ja o nią pytałem?
— Nie tylko — odparła. — Wielu ludzi interesowało się nią kilka lat temu, gdy Papież beatyfikował jej rodziców. Wszyscy pytali, czy córka Gusta i Cidy, Os Venerados, zauważyła kiedyś jakieś cudowne zdarzenia związane z jej rodzicami, dostrzeżone przez tak wiele osób.
