
– Kto tam? – spytała w końcu.
– Pani Anderson? – usłyszała dźwięczny męski głos.
– Jeśli jest pan dziennikarzem – zaczęła – to może pan…
– Nie jestem dziennikarzem – dobiegła do niej odpowiedź. – Nazywam się Daniel Keller. W nagłym przypływie złości otworzyła drzwi.
– Wynoś się stąd! – wrzasnęła. – Jak śmiesz mnie prześladować?! Czy nie wystarczy już to, co zrobiłeś?!
– Muszę z panią porozmawiać – powiedział, wciskając się do wnętrza.
Megan zagrodziła mu drogę. Dopiero teraz, przy bezpośredniej konfrontacji, zauważyła, że ma do czynienia z mężczyzną wyższym od niej o głowę. Jednak nie zlękła się wcale.
– Nie mam ochoty na rozmowę z panem – odparła, wypiąwszy pierś do przodu. – To nie te czasy, kiedy mógł mnie pan przesłuchiwać w każdej chwili. Teraz mogę kazać panu się stąd wynosić.
Keller zastanawiał się, co robić. Bez trudu mógłby wejść do środka, jednak nie chciał używać siły. Stał już jedną nogą w przedpokoju i Megan nie mogła zamknąć drzwi. Sytuacja wyglądała na patową.
– Proszę mnie wpuścić – powtórzył. Dziewczyna potrząsnęła hardo głową.
– Nic z tego.
Nie miał wyboru. Musiał wejść, ponieważ z sąsiednich mieszkań zaczęli wyglądać zaciekawieni lokatorzy. Poszło mu nadspodziewanie łatwo. Kiedy naparł na drzwi, dziewczyna odskoczyła, jakby bała się, że jej dotknie. Stanęli naprzeciwko siebie.
– Co się z panem dzieje? Nie rozumie pan słowa „nie”? – Pokiwała głową. – Jasne, że pan nie rozumie. Tyle razy powtarzałam, że nie zabiłam Henry'ego Graingera i że nie wiem, kto to zrobił. Nie, nie, nie. To było rzucanie grochem o ścianę. Musiał mnie pan w to wrobić.
– Wcale nie… – zaczął.
– Niech pan nie kłamie! – krzyknęła. – Już dosyć pan naoszukiwał. Z powodu pańskich kłamstw straciłam trzy lata życia. I syna – dodała ze smutkiem.
