
— Alpèasak. Piękne plaże — powiedziała Vaintè do siebie, tak iż reszta nie mogła usłyszeć jej słów. „Czy takie jest moje przeznaczenie?” Odwróciła się do dowodzącej. — Kiedy tam będziemy?
— Dziś po południu, Najwyższa. Na pewno przed zmrokiem. Płynie tu ciepły prąd, który powiedzie nas szybko w tamtą stronę. Pełno tu kałamarnic, tak iż enteesenaty i uruketo jadają obficie. Czasem za bardzo. To jeden z kłopotów w długim rejsie. Musimy ich bardzo pilnować, bo inaczej zwolnią i nasze przybycie się…
— Cicho! Chcę zostać sama z moimi efenselè.
— To radość dla mnie — mówiąc to, Erafnaiś cofała się, aż ostatnie słowo stało się niesłyszalne.
Vaintè zwróciła się do milczących pobratymczyń, okazując serdeczność każdym gestem.
— Jesteśmy tu. Dobiegła końca walka o dotarcie do nowego świata, Gendasi*. Teraz zacznie się dalsza, jeszcze większa, o wzniesienie nowego miasta.
— Pomożemy, zrobimy, o co poprosisz — powiedziała Etdeerg. Mocna i niewzruszona jak skała, gotowa była pomagać z całej swej siły. — Rozkazuj nam nawet umrzeć! — U kogoś innego brzmiałoby to pretensjonalnie, ale nie u Etdeerg. Szarość biła z każdego ruchu jej ciała.
— Nie proszę o to — powiedziała Vaintè. — Chciałabym tylko, byś służyła u mego boku jako pierwsza pomocnica we wszystkim.
— Sprawi mi to zaszczyt.
Potem Vaintè zwróciła się do Ikemend, która wyprostowana czekała na rozkazy.
— Ty masz najbardziej odpowiedzialne stanowisko. Trzymasz swą przyszłość między kciukami. Pokierujesz hanalè i samcami.
Ikemend okazała zgodę, radość i gotowość starań. Vaintè poczuła zadowolenie, potem zważył się jej humor.
— Dziękuję wam obu — powiedziała. — Zostawcie mnie teraz. Chcę mieć tu Enge. Samą.
