
On zaś był odizolowany, zamknięty w małym metalowym pocisku, mknącym przez pustkę, w zimnym przejrzystym powietrzu.
Drżały mu ręce. Zmuszał się do czytania Wydruków na papierowej wstędze.
Było to opowiadanie o eksploatacji Galaktyki a bohater był najwyraźniej Ziemianinem.
Baley pomrukiwał z irytacją aż wreszcie ugryzł się w język Zakłopotany okazanym brakiem taktu.
Opowiadanie było jednak beznadziejnie głupie. Dziecinne było Udawanie, że Ziemianie mogą podbijać Kosmos, zasiedlać Galaktykę.
Galaktyka była dla nich zamknięta. Była zajęta przez Kosmitów, których przodkowie byli przed wiekami Ziemianami. Ci przodkowie dosięgnę li Zaziemskich Światów, urządzili się tam wygodnie a ich potomkowie ustanowili zapory dla imigracji. Zamknęli Ziemię i swych ziemskich kuzynów, a ziemska cywilizacja Miast dokończyła dzieła. Ściana lęku odgradzała mieszkańców Miast od otwartej przestrzeni, od obsługiwanych przez roboty obszarów rolniczych i górniczych ich własnej planety.
— A my — pomyślał z goryczą Baley — chociaż nam się to nie podoba, zamiast coś zrobić opowiadamy Sobie bajeczki.
Dobrze jednak wiedział, że nic się nie da zrobić.
Samolot wyładował. Pasażerowie wysiedli i rozeszli się nawet na siebie nie spojrzawszy.
Baley rzucił okiem na zegarek i stwierdził, że ma jeszcze dość czasu by się odświeżyć, zanim pojedzie ekspresówką do Departamentu Sprawiedliwości. Rad był z tego. Wielkie, pełne odgłosów życia hale portu lotniczego, miejskie korytarze biegnące na różne poziomy, wszystko co widział i słyszał wokół dawało mu poczucie bezpiecznego zamknięcia w łonie, we wnętrznościach Miasta. Niepokój spłynął z niego i do pełni szczęścia wystarczyło mu już tylko wziąć natrysk — Zażądali pomocy.
— Od Ziemi? — Spytał z niedowierzaniem Baley. Po Zaziemskich Światach trudno było spodziewać się czegoś innego niż wzgardy, a w najlepszym razie łaskawej wyższości wobec ojczystej planety.
