
A później tylko jeden z nich.
Teraz Dillon skoncentrował się na oczekującym go zadaniu. Bariery myślowe padały jedna po drugiej, gdy parł naprzód do centrum kryjącego podstawy samoświadomości. Jeżeli uda mu się wedrzeć do tej cytadeli i wyprzeć okupujące ego, bitwa będzie wygrana. Pospiesznie wznoszone barykady padały, wzięte szturmem. Przez chwilę myślał, że już pierwszy atak doprowadzi go do celu. Nagle zagubił się w szarej, bezpostaciowej mgle.
Obcy otrząsnął się z zaskoczenia. Dillon czuł rosnący opór.
Oczekiwała go zacięta walka. Rozpoczęli krótką rozmowę.
— Kim jesteś?
— Edward Dillon, z planety Ziemi. A ty?
— Arek. Nazywamy tę planetę K’egra. Czego tu szukasz, Dillon?
— Trochę przestrzeni życiowej, Arek — powiedział ze śmiechem Dillon. — Możesz mi jej użyczyć?
— No, niech mnie diabli… Wynoś się!
— Nie mogę — rzekł Dillon. — Nie mam dokąd iść. — Rozumiem. Ostro. Jednak jesteś tu nieproszonym gościem, naprawdę. I coś mi się wydaje, że chcesz nie tylko odrobiny miejsca do życia. Chcesz czegoś więcej, no nie?
— Muszę przejąć kontrolę. Nie ma innego wyjścia. Jednak jeżeli nie będziesz się opierał, to może zostawię ci trochę miejsca, chociaż to nie jest przyjęte.
— Nie jest?
— Jasne, że nie — odparł Dillon. — Współistnienie odmiennych istot jest niemożliwe. Silniejszy zawsze wypiera słabszego. Jednak może zechcę spróbować.
— Nie potrzebuję łaski — rzekł Arek i zerwał kontakt.
Otaczająca Dillona szarość zmieniła się w nieprzeniknioną czerń. Czekając na zbliżającą się walkę, poczuł pierwsze rodzące się wątpliwości
Arek był prymitywną istotą. Nie miał żadnego doświadczenia w odpieraniu ataku myślowego. A jednak w lot zrozumiał sytuację, opanował się i przygotował do bitwy. Jego opór pewnie będzie słaby, ale mimo to…
