
Myron i matka ruszyli ulicą. Przy krawężniku piętrzyły się liście, pewny znak jesieni na przedmieściach, a dmuchawy na trawnikach roztrącały stojące powietrze jak helikoptery nad Sajgonem. Myron szedł wewnętrzną stroną chodnika, omijając żółtorude stosy. Podobał mu się, nie wiedzieć dlaczego, szelest martwych liści pod butami.
– Ojciec rozmawiał z tobą – powiedziała matka; zabrzmiało to jak pytanie – o tym, co się stało.
Myrona ścisnęło w żołądku. Zanurzył stopy w liście, wyżej unosząc nogi i głośniej szeleszcząc.
– Tak.
– Co ci powiedział?
– Że kiedy byłem na Karaibach, poczuł bóle w piersi.
Dom Kaufmanów, który zawsze był żółty, nowi właściciele pomalowali na biało. Jego nowy kolor kłócił się z otoczeniem. Niektórym domom sprawiono elewacje z aluminium, a innym dobudówki, powiększając kuchnie i sypialnie małżeńskie. Młoda rodzina, która wprowadziła się w miejsce Millerów, pozbyła się charakteryzujących ich siedzibę skrzynek z feerią kwiatów. Nowi właściciele domu Davisów usunęli wspaniałe krzewy, które Bob Davis pielęgnował co weekend. Wszystko to przywodziło Myronowi na myśl najeźdźczą armię zrywającą flagi podbitych.
– Nie chciał ci nic mówić. Znasz ojca. Wciąż uważa, że powinien cię chronić.
Myron, brodząc w liściach, skinął głową.
– To było coś więcej niż bóle w piersi – dodała.
Zatrzymał się.
– Ma wieńcówkę – powiedziała matka, nie patrząc mu w oczy. – Przez trzy dni był na intensywnej opiece. – Zamrugała oczami. – Prawie całkiem zatkało mu arterię.
