
— No, no — usłyszał własne słowa. Wypowiedział je na wypadek, gdyby poprzednio obwody nie przechwyciły hasła. — Prawdziwa niespodzianka.
Strażnicy powinni wpaść lada sekunda…
Jaskrawo ubrany młodzieniec uśmiechnął się, przegiął dziwnie, pochylił, łokcie złożył na rzeźbionym oparciu w nogach łóżka. Sięgnął do kieszeni workowatych spodni, wyciągnął mały czarny pistolet i wycelował prosto w etnarchę.
— Pańskie hasło nie zadziała, etnarcho Kerian. Nie będzie niespodzianek, których pan oczekuje, a ja nie. Centrum systemu bezpieczeństwa w podziemiach jest martwe, tak samo zresztą jak wszystko inne.
Etnarcha Kerian wpatrywał się w mały pistolet. Widywał pistolety na wodę, które robiły większe wrażenie.
Co się dzieje? Czy ten człowiek naprawdę przyszedł mnie zabić? Nie jest ubrany jak morderca, a ponadto każdy poważny morderca z pewnością zabiłby mnie we śnie. Ten facet tym bardziej się naraża, im dłużej tu siedzi, nawet jeśli przerwał połączenia do centrali bezpieczeństwa. Może jest szaleńcem, ale prawdopodobnie nie zabójcą. Niepodobna, żeby prawdziwy, zawodowy morderca zachowywał się w ten sposób. A tylko wyjątkowo zdolny i kompetentny zabójca potrafiłby przeniknąć przez system zabezpieczeń pałacu…
Etnarcha Kerian próbował uspokoić swe gwałtownie bijące, zbuntowane serce. Gdzie ci cholerni strażnicy? Znowu pomyślał o broni ukrytej w ozdobnym wezgłowiu łoża.
Młody człowiek skrzyżował ramiona; jego pistolet nie celował już w etnarchę.
— Czy ma pan coś przeciwko temu, bym opowiedział niedługą historyjkę?
