
Mężczyzna przetarł oczy zaciśniętymi pięściami, potem otwartą dłonią masował sobie twarz.
Nastąpiła dłuższa przerwa.
— Kiedyś ugryzła mnie księżniczka.
Młody mężczyzna spojrzał na belkowany sufit.
— To nie jest dostateczny dowód — parsknął.
Wstał i ponownie wyszedł na balkon. Wziął z balustrady lornetkę.
Cmoknął, zakołysał się, wrócił do okna, oparł się rękoma o framugę, by mieć stabilniejszy widok. Regulował przez chwilę ostrość. Pokręcił głową, odłożył lornetkę na kamienną poręcz, skrzyżował ramiona na piersi i oparłszy się o mur, patrzył na miasto.
Było spieczone; brązowe dachy i chropowate wykończenia ścian szczytowych jak skórka chleba; kurz jak mąka.
Nagle w jednej chwili rozedrgana panorama pod naporem wspomnień zszarzała, pociemniała. Mężczyzna przypomniał sobie inne twierdze (skazane na zagładę miasto namiotów na majdanie, w oknach trzęsą się szyby; młoda dziewczyna — teraz już martwa — skulona w fotelu w wieży Pałacu Zimowego). Zadrżał mimo upału i przepędził wspomnienia.
— A ty?
Młody znowu spojrzał w głąb sali.
— Co takiego?
— Czy kiedykolwiek miałeś powiązania z… eee… lepszymi od ciebie i mnie?
Młody mężczyzna nagle spoważniał.
— Kiedyś… — zaczął, ale się zawahał. — Kiedyś znałem osobę, która była… niemal księżniczką. I przez pewien czas kawałek jej nosiłem w sobie.
— Mógłbyś powtórzyć? Nosiłeś…
— Kawałek jej nosiłem w sobie przez pewien czas.
Cisza. Potem uprzejmie:
— Czy to nie odwrotnie niż zazwyczaj?
Młody wzruszył ramionami.
— To był dość dziwny związek.
Znów spojrzał na miasto. Wypatrywał dymu, ludzi, zwierząt, ptaków, jakiegokolwiek ruchomego obiektu, ale ten widok mógłby być namalowaną na kotarze dekoracją. Poruszało się tylko powietrze, w którym wszystko drżało. Przez chwilę się zastanawiał, jak można by wprawić w drżenie kotarę, by wywołać ten sam efekt.
