
Kanion nie był specjalnie głęboki, za to jego szerokość wynosiła ponad pół kilometra. Rzeka płynęła meandrami i na jednej z łach znalazło się akurat dość miejsca żeby zaparkować ślizgacz.
— Też będę musiał sobie taki kupić — powiedział profesor uwalniając nogi.
Odpiął obręcze od nadgarstków i pozostawił je dyndające przy kierownicy. Zeskoczyli na mokry piasek. Profesor pochylił analizator nad wodą. Urządzenie zapiszczało cicho.
— U psia krew. Prawie jedna dziesięciotysięczna promila — powiedział. — Nici z pływania.
Tomasz wpatrywał się w zadumie w wodę. Po wierchu przepłynęła ławica zdechłych rybek.
— Jedna dziesięciotysięczna promila — powiedział. — Jedna cześć destrutoxu na milion części wody... Gdzieś musiała się znowu otworzyć kawerna wypełniona tym świństwem. Gdyby tylko dało się to zneutralizować...
Kawałkiem patyka zaczął pisać na piasku skomplikowane równanie chemiczne. Profesor obserwował go przez chwilę spod oka. Było w Tomaszu coś co go niepokoiło. Jakaś ledwo uchwytna fałszywość. Odrobinę inny akcent. Różnice rasowe. I czasami wyskakiwał z wiedzą która wydawała się przerastać poziom studenta.
— Nie znasz wzoru chemicznego destrutoxu — powiedział. — Co piszesz?
Patyk drgnął w dłoni Miszczuka.
— Taki uniwersalny neutralizator na bazie dwuchloramidu teflonu. Gdyby dodać polinadtlenek wodoru...
Profesor poczuł się jeszcze dziwniej. Nadtlenek wodoru? Przecież tego nie może być. Student «odruchowo» zatarł wzór nogą.
— Nie ważne — powiedział. — Mądrzejsi ode mnie zęby sobie połamali. Wracamy?
— Chyba tak — powiedział Profesor. — Wsiadaj.
— Jeśli pan pozwoli przejdę się trochę.
— Do bazy jest stąd dwadzieścia kilometrów.
— Przybiegnę się. To godzina z kawałkiem. Może dwie, po takim terenie.
