
— Ba! — Anglesey wbił nóż w kromkę proteidu i pogroził nią przybyszowi. Ponieważ był to dla niego język rodzony, złorzeczył po angielsku — w języku powszechnie używanym na Stacji — ze straszną zawziętością. — Słuchaj, no! Stosowałeś kiedy terapię pozazmysłową? Nie sam podsłuch czy nawet dwustronny kontakt, tylko prawdziwy nadzór wychowawczy?
— Nie. Na to trzeba specjalnych, wrodzonych zdolności, takich jak pańskie. Cornelius uśmiechnął się. Jego krótka i przymilna wypowiedź została przełknięta, bez większej uwagi ze strony zaciętej twarzy naprzeciwko. — O ile dobrze rozumiem, chodzi o przypadki analogiczne do, hm, przywracania sprawności systemowi nerwowemu dziecka dotkniętego paraliżem?
— Tak, tak. Niezły przykład. Czy próbował ktoś zgnieść kiedy osobowość dziecka, przejąć ją w najbardziej dosłownym sensie?
— Mój Boże, nie!
— Nawet w charakterze eksperymentu naukowego? — Anglesey wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Czy którykolwiek operator esprojektora chlusnął kiedy energią i zalał dziecięcy mózg własnymi myślami? Dalejże, Cornelius, nie sypnę cię!
— No cóż… to nie moja branża, jak pan wie. — Psionik ostrożnie odwrócił głowę, napotkał łagodne oblicze tarczy zegarowej i utkwił w niej wzrok. — Słyszałem, hm, coś nie coś… No cóż, owszem, były próby w pewnych przypadkach patologicznych, przebicia się… zniszczenia przemocą złudzeń i iluzji pacjenta…
— I nie wyszło — odrzekł Anglesey. Roześmiał się. — To się nie może udać, nawet na dziecku, nie mówiąc już o dorosłym z całkowicie ukształtowaną osobowością. Przecież trzeba było dziesięciu lat udoskonaleń — prawda? — nim udało się maszynę usprawnić do tego stopnia, aby psychiatrzy mogli choć „podsłuchiwać” mimo naturalnych różnic między ich wzorcami myślowymi a pacjentów mimo różnic wywołujących interferencje mieszające pacjentom w głowach. Maszyna musi dostosowywać się automatycznie do różnic między poszczególnymi osobnikami. Między gatunkami przerzucać mostów nie potrafimy w dalszym ciągu.
