
Pitt nie wiedział jeszcze wtedy o tym i bardzo zdenerwowało go jej wtargnięcie. Skurczył się w sobie, widząc podniecenie Eugenii. Nie miał zamiaru wysłuchiwać niekończących się rewelacji na temat jakiegoś drobiazgu, który właśnie udało jej się obliczyć na komputerze, i w dodatku udawać zainteresowanie. Powinna była najpierw skontaktować się z jednym z jego asystentów i przedstawić mu streszczenie wniosków, do jakich doszła. Z nagłą desperacją Pitt postanowił, że powie jej tak: „Widzę, pani doktor, że zamierza pani przedstawić ml jakieś dane. Z przyjemnością zapoznam się z nimi w odpowiednim czasie. Proszę zostawić je w sekretariacie”. I rzeczywiście tak uczynił, wskazując drzwi z nadzieją, że odwróci się i wyjdzie. (Później zastanawiał się niekiedy, co by się stało, gdyby rzeczywiście wyszła — i myśl ta napawała go strachem).
— Nie, nie, panie sekretarzu — odpowiedziała. — Muszę porozmawiać z panem i z nikim innym.
Glos trząsł się jej, gdy to mówiła, tak jak gdyby podniecenie odbierało jej siły.
— Dokonałam największego odkrycia od… od… — nie zdołała dokończyć. — Po prostu największego!
Pitt spojrzał z powątpiewaniem na wydruki, które trzymała w ręku. Papiery drgały — podobnie jak ciało Insygny — Pitt jednak nie znajdował w sobie zrozumienia dla stanu młodej odkrywczym. Ci wąscy specjaliści zawsze przekonani, że jakiś mikropostęp w ich mikrodziedzinie jest w stanie poruszyć gwiazdy.
— Dobrze — powiedział z rezygnacją w głosie. — Czy mogłaby pani wyjaśnić w prostych słowach, o co chodzi?
