Gładka, różowa twarz Deane’ a spoglądała na Case’ a, oświetlana starożytną mosiężną lampą z prostokątnym abażurem z zielonego szkła. Importer siedział za wielkim biurkiem z lakierowanej stali, mając po obu stronach wysokie, pełne szuflad szafki z jakiegoś jasnego drewna. Case przypuszczał, że kiedyś używano ich do przechowywania danych na papierowym nośniku. Na biurku poniewierały się kasety, zwoje pożółkłych wydruków i części jakby mechanicznej maszyny do pisania, której Deane’owi jakoś nie udawało się poskładać.

— Cóż cię sprowadza, mój chłopcze? — Deane podsunął Case’owi podłużnego cukierka, owiniętego papierkiem w biało-niebieską kratkę. — Spróbuj. Ting Ting Djahe, najlepsze.

Case odmówił, usiadł w szerokim, drewnianym fotelu na biegunach i przesunął kciuk wzdłuż wytartego szwu nogawki czarnych dżinsów.

— Julie, słyszałem, że Wage chce mnie zabić.

— Och. No cóż… A gdzie słyszałeś, jeśli wolno spytać?

— Od ludzi.

— Od ludzi — powtórzył Deane, ssąc imbirowego cukierka. — Jakich ludzi? Przyjaciół? Case przytaknął.

— Nie zawsze można rozpoznać prawdziwych przyjaciół.

— Jestem mu winien trochę forsy, Julie. Nic ci nie mówił?

— Nie kontaktował się ze mną ostatnio. — Deane westchnął. — Oczywiście, gdybym nawet wiedział, być może nie mógłbym ci powiedzieć. Wiesz, jak stoją sprawy.

— Sprawy?

— On jest ważnym ogniwem, Case.

— Rozumiem. Czy on chce mnie zabić, Julie?

— W każdym razie ja nic o tym nie wiem.-Wzruszył ramionami. Równie dobrze mogli dyskutować o cenach imbiru. — Jeśli okaże się to zwykłą plotką, synu, wpadnij za tydzień. Dam ci zarobić na pewnym drobiazgu z Singapuru.

— Z hotelu Nan Hai przy Bencoolen?

— Jesteś niedyskretny, synu. — Deane uśmiechnął się. Stalowe biurko kryło całą fortunę w sprzęcie przeciwpodsłuchowym.



12 из 239