— Jak dostaniesz, poszukaj Wage’a, Case. Szybko.

— Na razie, Linda — rzucił wstając.

— Cześć.

Pod jej źrenicami prześwitywał milimetrowy pasek bieli. Sanpaku.

— I uważaj, co masz za plecami.

Skinął głową i wyszedł.

Spojrzał za siebie ponad plastykowymi drzwiami. Jej oczy odbijały się w klatce czerwonego neonu.


Piątkowa noc na Ninsei.

Minął stragany yakitori, salony masażu i koncesjonowaną kawiarnię Piękna Dziewczyna, potem elektroniczny grom salonu gier. Ustąpił z drogi sararimanowi w ciemnym garniturze. Dostrzegł logo Mitsubishi-Genetech, wytatuowane na grzbiecie prawej dłoni mężczyzny.

Autentyczne? Jeśli tak, pomyślał, facet sam szuka kłopotów. Jeśli nie, dobrze mu tak. Pracownicy M-G powyżej pewnego szczebla mieli implantowane zaawansowane mikroprocesory, kontrolujące poziom mutagenów we krwi. Kto pokazywał się z takim wyposażeniem w Mieście Nocy, kończył szybko — w zbiornikach czarnej kliniki.

Sarariman był Japończykiem, lecz na Ninsei kłębił się tłum gaijin. Grupy marynarzy z portu, podnieceni samotni turyści szukający rozkoszy nie wymienianych w przewodnikach, ważniacy z Ciągu, obnoszący swoje wszczepy i implanty, a także kilkanaście różnych gatunków popychaczy. Wszyscy kroczyli ulicą w skomplikowanym tańcu żądz i interesów.

Istniało mnóstwo teorii tłumaczących, dlaczego Chiba City tolerowało enklawę Ninsei. Case przychylał się do poglądu, że Yakuza chronią to miejsce jako rodzaj muzeum, przypomnienie własnych, skromnych początków. Dostrzegał jednak również pewien sens w tłumaczeniu, że pączkujące technologie wymagają stref leżących poza prawem, że Miasto Nocy trwało nie ze względu na swych mieszkańców, ale jako świadomie pozostawione bez nadzoru pole gry technologii jako takiej.



9 из 239