
Najmniejszy. Najady. Tak się nazywały. „Hylas i najady”. Poszedł nabrać wody do dzbanka, a one wciągnęły go w głębinę, na samo dno, omotały go włosami i mokrymi rękawami.
— Jak tylko go zwrócisz, reszta czasu należy do ciebie. Przez dwa tygodnie możesz robić, co zechcesz. Możesz pływać łódką po rzece albo na prawo od deserowego talerzyka, z ostrzem skierowanym do wewnątrz. — Poklepał mnie po ramieniu. — Zrozumiałeś?
— Co? — zapytałem, ale pan Dunworthy nie słuchał. Patrzył na sieć. Rozległ się głośny szum, który prawie zagłuszył terkot karabinów maszynowych. Zasłony wokół sieci zaczęły opadać.
— Co to jest? — zapytał serafinicę pan Dunworthy.
— Styk — rzuciła, waląc w klawisze. — Przecież nie mogłam go tam zostawić na zawsze. Wyślę wasz skok, jak tylko go sprowadzę.
— Doskonale — powiedział pan Dunworthy. Poklepał mnie po ramieniu. — Liczę na ciebie, Ned — zawołał, przekrzykując szum.
Zasłony dotknęły podłogi i sfałdowały się lekko. Szum narastał, coraz głośniejszy i jękliwy jak syrena alarmowa, powietrze zamigotało od kondensacji i w sieci pojawił się Carruthers. Zaczął szarpać zasłony żeby wyjść.
— Niech pan stoi spokojnie i czeka, aż zasłony się uniosą — rozkażą serafinica, stukając w klawisze. Zasłony uniosły się na półtorej stopy i znieruchomiały.
— Czekać? — Carruthers zanurkował pod zasłonami. — Czekać? Czekałem dwie cholerne godziny! — Zaplątał się w zasłonę. — Gdzie pani była, do ciężkiej cholery?
Wyplątał się z trudem i pokuśtykał w stronę konsoli. Cały był zabłocony. Zgubił jeden but, a nogawkę swojego niepeespowskiego munduru miał z tyłu rozdartą na sporej długości.
— Dlaczego, do cholery, nie zabrała mnie pani, jak tylko otrzymała pani namiar i sprawdziła, gdzie wylądowałem?
