
To zgadzało się z listą rektora Howarda, zamieszczoną w raporcie z nalotu.
— Ale nie strusią nogę biskupa — mruknąłem, wpatrując się w gruzowisko. — Co znaczy, że ona jest gdzieś tutaj.
— Nie poszczęściło ci się?
— Nie — przyznałem. — Pewnie nie ma szans, że ktoś przyszedł wcześniej i już ją znalazł?
— Nikt z naszych — odparł Carruthers. — Davis i Peters nawet nie mogli się dostać do właściwego roku. Dopiero przy czwartej próbie dotarłem tak blisko. Za pierwszym razem wylądowałem w dziewiętnastym roku. Za drugim razem wpadłem w połowę grudnia. Za trzecim razem trafiłem dokładnie w dziesiątkę, właściwy miesiąc, właściwy dzień, dziesięć minut przed początkiem nalotu. I na środku pola ze śniadaniami w połowie drogi do Birmingham.
— Ze śniadaniami? — powtórzyłem, sądząc, że się przesłyszałem. Przecież śniadania nie rosną na polach.
— Z dyniami — poprawił mnie zirytowany Carruthers. — Na polu, gdzie rosły dynie. I nie ma z czego żartować. Żona farmera myślała, że jestem niemieckim spadochroniarzem, i zamknęła mnie w stodole. Ledwie się wydostałem.
— A co z nowym rekrutem? — zapytałem.
— Przeszedł tuż przede mną. Znalazłem go, jak błąkał się po Warwick Road. Nie wiedział, dokąd pójść. Gdybym go nie znalazł, wpadłby do leju po bombie.
Co może wyszłoby na dobre, zważywszy sytuację. Nowy rekrut zrezygnował z obserwacji Pana Spivensa i znowu usiłował rozgryźć sposób zapalania kieszonkowej latarki.
— Dwie godziny trwało, zanim tutaj dotarliśmy — powiedział Carruthers. — A ty, Ned? Ile prób, zanim się zbliżyłeś?
— Tylko ta jedna. Wyciągnęli mnie z kiermaszów dopiero wtedy, kiedy tobie się nie powiodło.
— Kiermasze?
— Lady Schrapnell wpadła na pomysł, że strusia noga biskupa mogła trafić na któryś katedralny kiermasz staroci — wyjaśniłem. — No wiesz, żeby zdobyć fundusze na wojenny wysiłek. Albo oddano ją na zbiórkę żelaza, więc wysyłała mnie na każdą kościelną i komunalną uroczystość od września. Nie wiesz przypadkiem, jak się używa wycieraczki do piór?
