
I dziadek, który tak ujął się za jej osobą, a także rodzice wydawali się teraz Ani osobami, które stoją na peronie i żegnają pociąg, uwożący ją w różową przyszłość. Ta przyszłość czekała na nią tuż za progiem: już jutro jedzie na egzamin. Jak zda – urodzi się właściwie po raz drugi. Czuła się jak gwiazda czekająca na odkrycie przez jakiś wielki teleskop miłości. Ale nie byłaby godna tej nie nazwanej jeszcze miłości, gdyby nie wyszła ku niej w odpowiednim rynsztunku. Gwiazda, która chce być odkryta, musi rozsiewać blask. Dlatego zaczęła z przejęciem przeglądać numer „Filipinki” ze zdjęciami dziewcząt, demonstrujących nowe fryzury i nakrycia głowy: modne były turbany oraz małe, męskie kapelusze; włosy do połowy pleców lub wariant „na pazia”. Aż zamarła z przerażenia, przeczytawszy że „afro” już niemodne: przecież zanim kupiła „Filipinkę”, dziś rano w Lutomyślu kazała sobie zrobić „afro” i teraz miała całą głowę skręconą w sprężynki. Zanotowała drżącą ręką w pamiętniku:
„Jak ja wypadnę w oczach komisji egzaminacyjnej? Jeszcze pomyślą, że jestem buras z PGR-u! A matka, jak mnie zobaczyła, zakazała mi się dziadkowi pokazywać na oczy, bo jak on zobaczy te sprężynki na głowie, to pomyśli, że mi się we włosy nietoperz wkręcił! Dlaczego wszyscy starzy są tak samo przeciwko władzy, jak i przeciw modzie?…”
To ostatnie zdanie było nieomal prorocze, gdyż w tej chwili do domu Witii i Jadźki wpadła zdyszana Marynia i zanim zdążyła wykrztusić hiobową wieść na temat Kaźmierza, na widok skołtunionej na „afro” głowy wnuczki dramatycznym gestem zakryła oczy.
– A coż ona?! Z pożaru biedulka uciekła, czy jak?
Marynia zamrugała oczyma, wietrząc kolejne nieszczęście, które spadło na rodzinę.
– Na egzamin jej taką nowoczesną zachciało się być – mruknęła Jadźka, patrząc też ze zgrozą na głowę córki, która przypominała jej szczotkę na drucie, używaną przez kominiarzy.
– Wyczupirzyła się, że aż strach taką po księdza wysłać – stwierdziła Marynia, patrząc na wnuczkę jak na cyrkową woltyżerkę.
