
Już miałem sprawdzić pocztę elektroniczną, gdy przeszkodził mi pisk interkomu. Wanda, rejestratorka, powiedziała:
– Ma pan… hm… ma pan… hm… Dzwoni Shauna.
Zrozumiałem jej zmieszanie. Podziękowałem i nacisnąłem podświetlony guzik.
– Jak się masz, słodka.
– Dobrze – odparła. – Jestem tutaj.
Wyłączyła komórkę. Wstałem i poszedłem korytarzem na spotkanie Shauny. Weszła do przychodni tak, jakby robiła coś poniżej swej godności. Była topową modelką, jedną z nielicznych wystarczająco znanych, żeby używać tylko imienia. Shauna. Jak Cher czy Fabio. Miała metr osiemdziesiąt cztery centymetry wzrostu i ważyła siedemdziesiąt osiem kilogramów. Jak można oczekiwać, robiła wrażenie i przykuła spojrzenia wszystkich obecnych w poczekalni.
Nie miała zamiaru przystawać przy kontuarze rejestratorki, a ta nawet nie próbowała jej zatrzymać. Shauna otworzyła drzwi i powitała mnie słowami:
– Lunch. Teraz.
– Mówiłem ci, że będę zajęty.
– Włóż płaszcz – powiedziała. – Jest zimno.
– Posłuchaj, wszystko gra. Poza tym rocznica jest dopiero jutro.
– Ty stawiasz.
Zawahałem się i już wiedziała, że mnie ma.
– Posłuchaj, Beck, będzie fajnie. Jak w college’u. Pamiętasz, jak razem chodziliśmy na podryw?
– Nigdy nie chodziłem na podryw.
– No dobrze, to tylko ja. Wkładaj płaszcz.
Kiedy wracałem do mojego gabinetu, jedna z matek obdarzyła mnie szerokim uśmiechem i odciągnęła na bok.
– Jest jeszcze piękniejsza niż w telewizji – szepnęła.
– Uhm – mruknąłem.
– Czy pan i ona… – Matka znaczącym gestem splotła dłonie.
– Nie, ona już jest z kimś związana – odparłem.
– Naprawdę? Z kim?
– Z moją siostrą.
Zjedliśmy w kiepskiej chińskiej restauracji, gdzie podawał nam chiński kelner mówiący tylko po hiszpańsku. Shauna w nienagannym błękitnym kostiumie z dekoltem głębokim jak Rów Atlantycki, zmarszczyła brwi.
