
— Siła fizyczna — to nie jest nic złego — mruknął pod nosem — o ile można jej odpowiednio użyć. W przeciwnym razie będzie tylko zawadzać i wywoływać zamieszanie podobnie jak skrzydła u ptaka dodo.
Już sama sylwetka nie zachwycała Blaine’a, a cóż dopiero ta twarz! Nigdy nie lubił marsowych, grubo ciosanych rysów. Pasowałyby do sierżanta czy podróżnika, przedzierającego się przez dżunglę, ale nie są odpowiednie dla człowieka, który wiedzie życie w cywilizowanym świecie. Tego rodzaju twarz po prostu nie umie oddać subtelnych półtonów, wyrazić ukrytego znaczenia wypowiadanej myśli. Co najwyżej można zmarszczyć brwi lub roześmiać się szeroko.
Spróbował swego chłopięcego uśmiechu: twarz w lustrze wykrzywił grymas godny satyra.
Zostałem wykantowany — powiedział z goryczą. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego umysł i ciało zupełnie nie pasowały do siebie. Współpraca między nimi wydawała się niemożliwa. Oczywiście, jego osobowość może po pewnym czasie zmienić wygląd zewnętrzny, z drugiej jednak strony — nie wiadomo, czy ciało nie wywrze swojego piętna na osobowości.
— Jeszcze zobaczymy, kto tu jest panem.
Na lewym ramieniu miał długą, poszarpaną bliznę. Zastanawiał się przez chwilę, po czym mogła być. Potem pomyślał o byłym właścicielu tego ciała. Może pozostał mu tylko mózg i wciąż czeka na swój szczęśliwy los?
Nie miało sensu rozważanie tego problemu. Być może później dowie się czegoś na ten temat. Po raz ostatni spojrzał w lustro.
Nadal nie podobał się sobie; obawiał się, że nigdy nie zaakceptuje tego widoku.
— Cóż — westchnął — bierz, co ci dają. Martwi ludzie nie mogą pozwolić sobie na grymasy.
