
Wybrała w końcu dziewiątego, nie ze względu na jego męskość, ale po prostu dlatego, że kiedy szeptała mu do ucha przy stosunku: „uważaj… uważaj…”, on na przekór nie uważał i musiała wyjść za niego szybko, ponieważ nie udało jej się na czas znaleźć lekarza, który załatwiłby skrobankę. Tak urodziła się Teresa. Niezliczona rodzina zjechała z wszystkich zakątków kraju, schylała się nad wózeczkiem i szczebiotała sepleniąc. Matka Teresy nie sepleniła. Milczała. Myślała o reszcie swych zalotników i wszyscy wydawali jej się lepsi niż ten dziewiąty.
Podobnie jak jej córka, matka Teresy lubiła patrzeć w lustro. Pewnego dnia stwierdziła, że jej oczy otoczone są siatką zmarszczek i powiedziała sobie, że jej małżeństwo jest nonsensem. Spotkała niemęskiego mężczyznę, który miał za sobą kilka defraudacji i dwa małżeństwa zakończone rozwodem. Nienawidziła kochanków z odciskami na kolanach. Miała dziką ochotę uklęknąć sama. Padła na kolana przed defraudantem i odeszła od swego męża i od Teresy.
Najbardziej męski mężczyzna stał się mężczyzną najbardziej smutnym. Był do tego stopnia smutny, że było mu wszystko jedno. Mówił wszędzie na głos, co myśli, więc komunistyczna policja, zgorszona jego bezczelnymi sądami, zaaresztowała go, osądziła i uwięziła. Teresę wygonili z zapieczętowanego mieszkania do matki. Najsmutniejszy mężczyzna wkrótce zmarł w więzieniu, a matka wraz z defraudantem i Teresą odjechała do małego miasta na podgórzu. Ojczym Teresy pracował w urzędzie, matka była sprzedawczynią w sklepie. Urodziła jeszcze troje dzieci. Potem znów spojrzała w lustro i zobaczyła, że jest stara i szkaradna.
