Aż go ręce świerzbiały, żeby zdjąć maskę. Znał to dobrze. Wypluć plastykowy ustnik, zerwać paski, wypełnić całą pierś powietrzem, zaciągnąć się nim aż do dna płuc…

Rozklejam się — pomyślał, i wolno zawrócił ku statkowi.

Klatka dźwigu czekała, pusta, z platformą zagłębioną miękko w wydmie, a wiatr zdążył przez kilka minut jego nieobecności powlec jej blachy cienką warstewką nawianego piasku.

Już w głównym korytarzu piątego poziomu spojrzał na ścienny informator. Dowódca był w kajucie gwiazdowej. Pojechał na górę.

— Jednym słowem, sielanka? — podsumował astrogator jego słowa. — Żadnej radioaktywności, żadnych spór, bakterii, pleśni, wirusów, nic — tylko ten tlen… Próbki trzeba w każdym razie dać na pożywki.

— Już są w laboratorium. Być może życie rozwija się tu na innych kontynentach — zauważył Rohan bez przekonania.

— Wątpię. Insolacja poza strefą równikową jest słaba; nie widział pan grubości czapek biegunowych? Ręczę, że jest tam co najmniej osiem, jeśli nie dziesięć kilometrów lodowej pokrywy. Już raczej ocean, jakieś wodorosty, glony — ale dlaczego życie nie wyszło z wody na ląd?

— Trzeba będzie do tej wody zajrzeć — powiedział Rohan.



17 из 233