— A jeśli nie? — spytał Rohan ostrożnie. — Poszukamy ich… ?

— Rohan, bądźże pan rozsądny. Szósty gwiazdowy rok, i takie — astrogator szukał właściwego określenia, nie znalazł go i zastąpił je lekceważącym ruchem ręki. — Planeta jest wielkości Marsa. Jak mamy ich szukać? To znaczy „Kondora” — poprawił się.

— No tak, grunt jest żelazisty… — niechętnie przyznał Rohan.

W samej rzeczy analizy wykazały sporą domieszkę tlenków żelazowych w piasku. Wskaźniki ferroindukcyjne były więc na nic. Nie wiedząc, co powiedzieć, zamilkł. Przekonany był, że dowódca znajdzie w końcu jakieś wyjście. Nie wrócą przecież z pustymi rękami, bez żadnych rezultatów. Czekał, patrząc na wysunięte spod czoła, krzaczaste brwi Horpacha.

— Prawdę mówiąc, nie wierzę, żeby to czekanie przez czterdzieści osiem godzin cokolwiek nam dało, ale regulamin tego wymaga — tonem niespodziewanego zwierzenia odezwał się astrogator. — Niech pan siada, Rohan. Stoi pan nade mną jak wyrzut sumienia. Regis jest najidiotyczniejszym miejscem, jakie sobie można wyobrażać. Szczyt bezpotrzeby. Nie wiadomo, po co wysłano tu „Kondora”; zresztą mniejsza o to, skoro stało się.

Urwał. Był w złym humorze i jak zwykle stawał się wtedy wymowny i wciągał łatwo w dyskusję, nawet poufałą, co było zawsze trochę niebezpieczne, bo w każdej chwili mógł uciąć rozmowę jakąś złośliwością.



19 из 233