
— Jak pan myśli, Ballmin, co to może znaczyć? — powtórzył Rohan. Był zły. Wycierane nieustannie czoło sczerwieniało mu, bolała go skóra, piekły oczy, za kilka minut musiał nadać następny meldunek „Niezwyciężonemu”, a nie umiał nawet znaleźć słów, by określić to, przed czym się znajdował.
— Nie jestem jasnowidzem — odparł uczony. — Nie jestem nawet archeologiem. Myślę zresztą, że archeolog też by nic panu nie powiedział. Wydaje mi się… — Urwał.
— Niechże pan mówi!
— Nie wygląda mi to na konstrukcję mieszkalną. Na ruiny mieszkań jakichkolwiek istot, rozumie pan? Jeśli można to w ogóle z czymś porównać, to chyba z maszyną.
— Z maszyną, co? Ale jaką? Informacjozbiorczą? Może to był rodzaj elektronowego mózgu… ?
— Chyba pan w to sam nie wierzy… — odparł flegmatyczny planetolog.
Robot przesunął się w bok, wciąż dotykając niemal prętów, które sterczały bezładnie pomiędzy powyginanymi płytami.
— Nie. Tu nie było żadnych obwodów elektrycznych. Gdzież ma pan jakieś przegrody, izolatory, ekranowania?
— Może były palne. Mógł je zniszczyć ogień. To przecież w końcu ruina — odparł bez przekonania Rohan.
— Może — zgodził się niespodziewanie Ballmin.
— Więc co mam powiedzieć astrogatorowi?
