
Rzecz jasna, za taki luksus trzeba było odpowiednio zapłacić. Bilet w obie strony kosztował 675 dolarów, czyli tyle, co pół małego domu. Wśród pasażerów znajdowały się koronowane głowy, gwiazdy filmowe, prezesi wielkich koncernów i prezydenci małych krajów.
Tom Luther nie należał do żadnej z tych grup. Co prawda był bogaty, lecz musiał ciężko zapracować na swoje pieniądze i w normalnych warunkach z pewnością nie wydawałby ich na takie zbytki. Musiał jednak dokładnie poznać wnętrze samolotu, gdyż poproszono go o wyświadczenie przysługi pewnemu bardzo potężnemu człowiekowi. Nie czekała go za to żadna finansowa gratyfikacja, lecz zaskarbienie sobie przychylności takiego człowieka było warte więcej niż jakakolwiek suma pieniędzy.
Poza tym, cała impreza mogła jeszcze zostać odwołana. Luther czekał na wiadomość potwierdzającą, że ma przystąpić do działania. Połowa jego duszy nie mogła się doczekać tej chwili, druga połowa zaś wolałaby, aby ten moment nigdy nie nadszedł.
Samolot schodził pod dość ostrym kątem, z opuszczonym ogonem i zadartym w górę dziobem. Po raz kolejny Luthera zdumiały ogromne rozmiary maszyny: wiedział, że liczy 32 metry długości i ma skrzydła o rozpiętości 46 metrów, ale te dane były tylko martwymi liczbami, dopóki nie ujrzało się kolosa na własne oczy.
Przez chwilę widzowie odnieśli wrażenie, że samolot nie tyle zniża lot, co spada jak kamień, i że za chwilę rąbnie w wodę i błyskawicznie pójdzie na dno.
