
To twoja wina, Caitlyn. Gdybyś była lepszą matką, nigdy by do tego nie doszło.
W głowie huczały jej oskarżenia Josha; złe, toksyczne słowa budzące w niej wyrzuty sumienia. Gdyby niczego nie zaniedbała, gdyby bardziej się postarała, może uratowałaby córkę.
Nawet o tym nie myśl. Nie słuchaj go, na litość boską. Nie wierz w to, co mówi! Pamiętaj, zrobiłaś wszystko, żeby ją uratować.
Powoli wypuściła powietrze i znów wzięła głęboki wdech, pamiętając, co doktor Wade mówiła o uwalnianiu negatywnej energii, odnajdywaniu siebie i nowego celu w życiu.
Stopniowo rozpacz ustępowała, pozostały tylko żal i potworny ból głowy.
O matko, ból rozsadzał czaszkę. Rzeczywiście musiała za dużo wypić.
Kolejny obraz przemknął jej przed oczami.
Josh w swoim gabinecie. Leżał rozciągnięty na biurku, z głową przekrzywioną w stronę drzwi. Z nadgarstków płynęła krew, plamiąc dywan. Otwarte usta, blada skóra, oczy nieruchomo wpatrzone w nią.
Nagle usiadła na łóżku. Boże, co to za sen? Serce waliło jej w piersi. Obrazy z sennego koszmaru przesuwały się i znikały.
– O Boże, Boże, Boże!
Spokojnie, Caitlyn. Oddychaj głęboko. To tylko sen. Nie denerwuj się!
Rozpaczliwie łapała powietrze. Mając w pamięci to, czego nauczyła się na terapii, próbowała zapanować nad emocjami.
Nigdy więcej – poprzysięgła sobie. Cokolwiek to było, nigdy już nie wypije więcej niż jeden łyk… ale co to było? Zamrugała oczami. Próbowała sobie przypomnieć. Ale pojawiały się jedynie kruche i wyszczerbione obrazy z koszmarnego snu.
– Jezu – wyszeptała. Znów film jej się urwał, kolejna luka w życiorysie. Nawet nie pamięta, jak dostała się do domu. W podświadomości czaiło się przeczucie, że stało się coś bardzo, bardzo złego. Nie potrafiła tego nazwać, ale było na tyle silne, że przeszły ją ciarki.
