– Faktycznie, nie można powiedzieć, że jest tu chłodno. Który się zepsuł?

– Obydwa.

– Oba naraz? W takim razie to zasilanie. Dobra, idź coś zjeść, a za pół godziny wszystko będzie w porządku.

Ashcroft z trudem uniósł się z fotela, chwiejnym krokiem podszedł do szafy i zaczął zmieniać koszulę.

– Aha, byłbym zapomniał – Barry odwrócił się w jego stronę. – Na zewnątrz czeka jakiś facet. Mówi, że ma z tobą współpracować. Wiesz coś o tym?

– Nic. Pewnie to znowu jakiś pomysł szefa. Powoli gubię się w tym wszystkim.

Ashcroft włożył swój biały kapelusz i sprawdził przed lustrem, czy wygięcie szerokiego ronda jest właściwe. Zadowolony przejechał po nim palcami. Potem kiwnął ręką Barry’emu i ruszył w kierunku poczekalni. Minąwszy wąski korytarz, zatrzymał się jednak przed oszklonymi drzwiami. Tylko jedno z tanich, wytłaczanych krzeseł było zajęte. Pierwszy rzut oka wystarczył Ashcroftowi, by stwierdzić, że zajmujący je mężczyzna całkiem niedawno musiał przyjechać z któregoś z północnych miast. Świadczyła o tym nienaturalnie biała skóra na twarzy, a raczej na tych jej fragmentach, których nie zasłaniała gęsta, ale dobrze utrzymana broda. Poza tym nie nosił dżinsów, na nogach miał trampki, a na ramionach, o zgrozo, plastykową koszulę. Ashcroft mógłby się założyć, że obcy nie ma podkoszulka. Uważając, żeby się nie skrzywić, pchnął drzwi i wszedł do środka.

– Podobno miał tu na mnie czekać jakiś zarozumiały jankes, któremu wydaje się, że brudne czarnuchy mogą dorównywać białym ludziom… – Ashcroft z zadowoleniem patrzył, jak brwi tamtego wędrują do góry…

– Wszyscy jankesi – dodał, usiłując mówić z jak najsilniejszym akcentem – przyjeżdżają do naszego bogobojnego stanu tylko po to, żeby uprawiać, tfu… wolną miłość.

Tamten nareszcie się zorientował i poruszył brodą, rozciągając ją w uśmiechu.

– Pan Ashcroft, prawda? – powiedział wstając.

– Mów mi Neal.



12 из 195