
– Przepraszam bardzo – powiedział ledwie zrozumiale. – Czy pan Ashcroft?
– Tak. Słucham pana.
– Jestem świadkiem. Moje nazwisko Henley. Słyszałem, że to pan prowadzi sprawę zabójstwa Frances Rustler…
– Owszem, ale skąd pan zna jej nazwisko?
– Z gazet… z… z gazet – Henley mówił nie tylko niewyraźnie, ale coraz bardziej nerwowo.
Layne dopiero teraz zauważył, że kiedy tamten otwiera usta, widać sporych rozmiarów tampon.
– Wypuścili pana ze szpitala w tym stanie? – spytał.
– Wyszedłem na własną prośbę. Jestem świadkiem tamtego zabójstwa.
– Trzeba było zadzwonić. Przyjechalibyśmy do pana.
– Nie, nie – Henley machnął wolną ręką, druga była w gipsie. – I tak muszę jechać do Houston. Nie wierzę tutejszym lekarzom.
Ashcroft dyskretnie spojrzał na Layne’a, ale nie napotkał jego wzroku.
– Widział pan, jak to się stało?
– Tak.
– Przecież wokół był wysoki żywopłot.
– Właśnie. Na moje nieszczęście – Henley postukał w gips – siedziałem w tym czasie wysoko na słupie. Jestem elektrykiem w ekipie filmowej – dodał widząc zdziwienie na twarzach Layne’a i Ashcrofta.
– To bardzo ciekawe. Proszę mówić dalej.
– Zdejmowałem właśnie stare złącza. Luther kazał mi je założyć, ale jak zwykle okazało się, że będą niepotrzebne. Reflektory czerpały energię z generatora na ciężarówce…
– I co się stało?
– Przecież mówię – Henley przełknął ślinę, a potem długo wycierał chustką spoconą twarz. – Byłem na samym końcu słupa – podjął wreszcie – kiedy reżyser krzyknął, że znalazłem się w polu widzenia kamery. Tej umieszczonej najwyżej. Na wysięgniku…
– I co dalej?
– Odwróciłem się i zacząłem schodzić na dół. Wtedy zobaczyłem, jak on ją dusi. Ten, no… Cadogan. Jego nazwisko również przeczytałem w gazecie.
– Rozumiem. Chciał pan rzucić się na pomoc i spadł na dół?
