
Ashcroft nachylił się i wyprostował go jednym szarpnięciem.
– Myślałeś, że nikt nie usłyszy, jeżeli szybko ściśniesz jej tchawicę? – palce Ashcrofta zgniotły coś niewidzialnego. – Jednak ta dwójka ze snack-baru dostrzegła to, mieli okno akurat naprzeciw wnęki. Czytałeś zeznania, czego chcesz więcej?
Cadogan skrzywił się płaczliwie, a potem jednym, nad podziw energicznym ruchem opadł na kolana. Wczepił się palcami w materiał spodni Ashcrofta.
– To nie ja… – rzęził. – Nie ja. Przecież pamiętam, co robiłem. Kiedy tam wszedłem, ona już nie żyła. Zlitujcie się, nie gubcie niewinnego człowieka.
Ashcroft musiał mu odginać palce jeden po drugim.
– Więc co…? – patrzył z odrazą, jak tamten wije się na pryczy. – Oni wszyscy zmówili się…?
Cadogan uniósł ręce ku górze.
– Tak – szepnął. – Tak musiało być, na Boga, tylko tak. Jakże inaczej.
Ashcroft zawiązał teczkę z odpisami zeznań i zastukał w płytę. Nie zważając na mamrotanie aresztowanego wyszedł z celi.
Człowiek spacerujący korytarzem schował do kieszeni białego fartucha jakąś łamigłówkę.
– Nie przyglądał się pan przesłuchaniu? – spytał Ashcroft, potem obrócił głowę w stronę strażnika. – Dalej poradzimy sobie sami – powiedział.
Człowiek w mundurze służb penitencjarnych przyłożył palec do skroni i zawrócił.
– Nie – lekarz przyjrzał się paznokciom. – Spędziłem z nim wiele godzin na testach, wystarczy…
Ashcroft zerknął nieufnie. Na ich widok rozkraczony na krześle, otyły strażnik uniósł kratę dzielącą areszt od części przeznaczonej dla personelu.
– Ten test… – mruknął Ashcroft po chwili. – Nazywa się chyba Rorschacha…? – popatrzył na psychiatrę. Ten wbił ręce w kieszenie fartucha uśmiechając się pod nosem.
– Czytuje pan „Scientific American”… – zakpił, lecz zaraz zmienił ton. – Nie, z metod projekcyjnych stosowałem jedynie Murraya. Za to maglowałem go ze struktury osobowości.
Stanęli przy drzwiach z napisem „Zespół terapeutyczny”. Lekarz wskazał go głową.
