
– To znaczy, że mam wasze błogosławieństwo? Hraundrangi-Móri milczał, jego syn czekał z niecierpliwością.
– Masz nasze błogosławieństwo – rzekł wreszcie ojciec. – Ale mimo to się zastanów.
– Nie widzę już innych przeszkód – odetchnął Móri z ulgą. – Dziękuję! Dziękuję wam wszystkim!
– Nie ma za co – odpowiedział Nauczyciel. – A w przyszłości wzywaj nas częściej. Nudzimy się, gdy nie zlecasz nam interesujących zadań.
Móri z drżeniem wspomniał wydarzenia, jakie rozegrały się na statku, wiozącym ich z Islandii. Niewidzialni towarzysze wyrzucili za burtę dwóch jego prześladowców. A później zepchnęli porywaczy Tiril ze wzgórza.
– Będę o tym pamiętać – obiecał uroczyście.
– Możesz uważać się za szczęśliwca, ponieważ znalazłeś Tiril – uśmiechnęła się jedna z pięknych kobiet.
– Cieszę się tym codziennie. Dlatego wasze słowa sprawiły mi tak wielką radość. Jeszcze raz dziękuję!
– Ale strzeżcie się znaku! – rzucił ktoś na poły poważnie, na poły ze śmiechem.
– Znaku? – powtórzył Móri pytająco, lecz nie doczekał się odpowiedzi.
Światło przygasło, zapadła ciemność. Po wysokim, urwistym brzegu hulał wiatr.
Jego powiewy uderzały z góry i okrążały młodego czarnoksiężnika niczym nurkujące w powietrzu ptaki.
A potem Móri wyczuł raczej niż spostrzegł, że jest całkiem sam.
Wrażenie pustki stało się niezwykle dotkliwe. Nagle przypomniał sobie o Nerze. Całkiem wyleciało mu z pamięci, że przyszedł tu z psem.
– Nero?
Rozległo się miękkie człapanie po trawie.
– Jesteś, stary przyjacielu – ciepło powitał go Móri. – Gdzie się podziewałeś?
Domyślał się: jego towarzysze oszołomili psa, być może pogrążyli go we śnie na czas rozmowy.
– Chodź, wracamy do domu! Mamy dobre wieści dla tej, którą obaj kochamy.
