
— Kiedy to się wydarzy? — spytałem. — Myślałem, że to cię nie interesuje.
— Ależ to jest bardzo interesujące. Kiedy? Gdzie?
— Czy pozwolisz mi na dalsze ochranianie siebie? — zapytał.
— Powiedz mi tylko jedną rzecz — rzekłem. — Co ty masz z tego?
— Zadowolenie — odpowiedział. — Dla derga waliduzjańskiego największą rozkoszą jest możliwość pomagania innym istotom w unikaniu niebezpieczeństwa.
— Ale czy nie chcesz za to czegoś więcej? Jakiegoś drobiazgu jak moja dusza czy władza nad światem?
— Niczego. Oczekiwanie zapłaty za ochronę zrujnowałoby moje emocjonalne przeżycie. Wszystko, czego oczekuję od życia — czego każdy derg pragnie — to ochranianie kogoś od zagrożeń, których ten ktoś nie dostrzega, a które ja widzę aż za dobrze. — Derg przerwał, po chwili dodał cicho: — Nie oczekujemy nawet wdzięczności.
Cóż, to przesądziło sprawę. W jaki sposób mogłem przewidzieć konsekwencje? Skąd mogłem wiedzieć, iż jego pomoc wmanewruje mnie w sytuację, w której nie będę mógł lesnerować?
— Co z tą doniczką? — spytałem.
— Spadnie ona na róg Dziesiątej Ulicy i Bulwaru McAdamsa jutro 0 8.30 rano.
— Dziesiątej i McAdamsa? Gdzie to jest?
— W Jersey City — odpowiedział natychmiast.
— Ale ja w życiu nie byłem w Jersey City. Po co uprzedzać mnie o tym?
— Nie wiem, dokąd pójdziesz lub nie pójdziesz powiedział derg. — Ja tylko wyczuwam niebezpieczeństwa grożące ci, wszystko jedno, w którym miejscu mogące wystąpić.
— Co mam teraz robić?
— Co sobie życzysz — odpowiedział mi. — Po prostu żyj sobie tak jak zawsze.
Tak jak zawsze. Ha!
Zaczęło się całkiem dobrze. Chodziłem na wykłady na Uniwersytecie Columbia, do kina, na randki, uczyłem się w domu, grałem w ping-ponga i szachy, wszystko tak jak przedtem. Nigdy nie pokazałem po sobie, że jestem pod bezpośrednią ochroną derga waliduzjańskiego.
