
Pokręciłem głową.
— Wiem, co będzie dalej. Liczba zagrożeń w moim życiu będzie się stale zwiększać, nieprawdaż?
— Wcale nie. Jeżeli chodzi o tego rodzaju przypadki, osiągnąłeś już ilościowy limit.
— Co to właściwie ma oznaczać?
— Znaczy to, że w przyszłości nie będzie się już zwiększała liczba niebezpieczeństw, których musisz unikać.
— Świetnie. A teraz może będziesz tak uprzejmy i wyniesiesz się stąd do cholery.
— Ale przecież właśnie ci tłumaczę…
— Rozumiem. Bez dalszego zwiększania, tylko to, co było… Ale słuchaj, jeśli zostawisz mnie samego, moje pierwotne otoczenie powróci, prawda? I razem z nim moja poprzednia liczba zagrożeń.
— Stopniowo — zgodził się derg — jeżeli tego dożyjesz.
— Zaryzykuję.
Derg milczał przez chwilę. W końcu powiedział:
— Nie mogę pozwolić na oddalenie mnie. Jutro…
— Nie mów nic. Będę unikał tych wypadków na własną rękę.
— Nie myślałem o wypadkach.
— A o czym?
— Naprawdę nie wiem, jak ci to powiedzieć — jego głos był zmieszany. — Tłumaczyłem ci, że nie będzie ilościowej zamiany. Nie wspomniałem o zmianie jak o ściowej.
— O czym ty mówisz?! — krzyknąłem.
— Staram ci się wyjaśnić — odpowiedział derg — że gamper czyha na ciebie.
— Kto? Co to za kawały?
— Gamper jest tworem z mojego środowiska. Wydaje mi się, że przyciągnął go twój wzmożony, dzięki mnie, potencjał unikania niebezpieczeństw.
— Do diabła z gamperem i do diabła z tobą!
— Jeżeli się pojawi, staraj się przepędzić go używając jemioły. Żelazo jest również często skuteczne, jeżeli zetknie się z czymś miedzianym. Także…
Rzuciłem się na łóżko i schowałem głowę pod poduszkę. Derg zrozumiał. Po chwili mogłem wyczuć, że opuścił mnie.
Jakim idiotą byłem! My, mieszkańcy Ziemi, mamy jedną wadę: bierzemy to, co nam oferują, nie zważając na to, czy naprawdę tego potrzebujemy, czy też nie. W ten sposób można sobie przysporzyć masę kłopotów.
