
— Jeszcze jesteście? — odezwał się skrzekliwy głos pana Harfa. Masrin poszedł otworzyć drzwi.
— Myślę, że jeszcze zostaniemy przez jakiś czas — powiedział.
— Niemożliwe — uciął Harf. — Pokój został już wynajęty komu innemu.
Wesoły Chłopiec Harf był mały i kościsty, miał wąską twarz i wargi cienkie niczym pajęcza nić. Wśliznął się do pokoju, rozglądając się, czy nie znajdzie gdzieś śladów uszkodzenia swojej własności. Pan Harf żywił przekonanie, że nawet najmilsi ludzie zdolni są do najgorszych zbrodni.
— Kiedy mają się wprowadzić nowi lokatorzy? — spytał Masrin.
— Dziś po południu. Proszę do tego czasu opuścić lokal.
— Czy nie można by tego jakoś załatwić? — spytał Masrin. Zdawał sobie sprawę z beznadziejności sytuacji. Nie mógł zejść po schodach. Jeśli Harf zmusi go do tego, znajdzie się znowu w prehistorycznym Nowym Jorku, gdzie na pewno czekają na niego z niecierpliwością.
A poza tym był jeszcze najważniejszy problem — sprawa paradoksu.
— Źle się czuję — powiedziała Kay słabym głosem. — Nie mogę wyjść w takim stanie.
— Jeśli pani jest chora, to mogę wezwać pogotowie — powiedział Harf i rozejrzał się podejrzliwie, szukając oznak dżumy lub czegoś w tym rodzaju.
— Chętnie zapłacę panu podwójnie, jeśli pozwoli nam pan zostać jeszcze przez jakiś czas — powiedział Masrin.
Harf podrapał się w głowę patrząc na Masrina. Wreszcie otarł nos dłonią i spytał:
— Ma pan pieniądze?
Masrin policzył i okazało się, że zostało mu około dziesięciu dolarów i bilety kolejowe. Miał zamiar poprosić o zaliczkę zaraz po przystąpieniu do pracy.
— A więc jesteście bez grosza — powiedział Harf. — Zdawało mi się, że dostał pan pracę w jakiejś szkole?
— To prawda — powiedziała Kay bojowo.
— W takim razie, dlaczego tam nie jedziecie?
