
Stewart Raley uderzył pięścią w oparcie fotela.
— Dość tego! Twoja matka powiedziała, że sami zadecydujemy!
— A poza tym — ciągnęła Liza niewzruszona, ocierając jedną ręką twarz. — Poza tym, to ja nie chcę mieć rodziny z trójką dzieci. Wszystkie moje przyjaciółki są z rodzin z czwórką dzieci. Musiałabym wracać do tych ubogich koleżanek, które miałam przedtem, i…
— Liza! — wrzasnął Raley. — Jeszcze jestem twoim ojcem! Mam ci to udowodnić?
Cisza. Marion przełączyła pojazd na ręczne sterowanie, żeby wylądować. Odebrała dziecko z rąk dwunastolatki i wszyscy wysiedli z samolotu, unikając swego wzroku.
Zanim weszli do domu, Raley zatrzymał się, aby przestawić robota z funkcji „Ogród” na „Obsługę Stołu”. Potem ruszył w ślad za furkoczącym żelastwem.
Kłopot w tym, że Liza miała rację. Jeśłi nie było innych czynników, do adopcji zazwyczaj wybierało się najstarsze dziecko. Dla niej mogło to być najmniej stresujące przeżycie. A Biuro Planowania Rodziny wybierze starannie nowych rodziców spośród rzeszy składających podania i dopilnuje, aby przeniesiono ją tak gładko i bezstresowo, jak tylko możliwe. Specjaliści od psychologii dziecięcej będą odwiedzać ją co dwa tygodnie przez kilka pierwszych lat, aby mieć pewność, że odnalazła się w nowej sytuacji.
Jacy będą ci nowi rodzice? Pewnie ktoś taki jak szwagier Eda Greene’a, Paul, którego dochody daleko przekraczały dopuszczalne minimum. Różne bywały przyczyny, że nie mieli własnych dzieci: leniwa albo nieszablonowa żona, ukryta niepłodność jednego z partnerów, konieczność operowania narządów rodnych. W każdym razie coś, co nie pozwalało im zdobyć jedynego liczącego się świadectwa prestiżu.
Mogłeś mieć naprawdę elegancki samolot, ale to kupowało się na kredyt i pracowało na niego przez następne dziesięć lat.
