
Taka Perła Nocy — co za nazwa! Statek rozpadał się po trochu, żegluga polegała na szukaniu wszelkich możliwych przecieków i zwarć. Każdy start i lądowanie zachodziły wbrew prawom — nie tylko fizyki; zdaje się, że ten agent Le Mansa miał znajomości w porcie merkuryjskim, bo inaczej każdy inspektor kontroli natychmiast opieczętowałby wszystko, od sterów po stos. Więc wychodziliśmy sobie ma łowiska w perihelium, szukaliśmy radarem wraków, a potem ściągało się je i formowało „pociąg” — miałem tam wszystko na raz: awantury z technikami, wyrzucanie w próżnię wódki (jeszcze do dzisiaj krąży tam pełno London Dry Ginu) i piekielną matematykę, bo nawigacja polegała na wynajdywaniu przybliżonych rozwiązań problemu wielu ciał. Jednakże najwięcej, jak zawsze, było pustki. W przestrzeni i w czasie. Zamykałem się w kajucie i czytałem. Autora nie pamiętam, był to jakiś Amerykanin, w tytule było coś o piasku gwiazd, jakoś tam. Nie wiem, jaki był początek, bo zacząłem mniej więcej w połowie; bohater znajdował się w komorze reaktora i rozmawiał z pilotem przez telefon, kiedy rozległ się okrzyk: „Meteory z rufy!” Do tego momentu nie było ciążenia, aż nagle zobaczył, że ogromna skarpa reaktora, świecąca żółtymi oczami zegarów, najeżdża na niego z rosnącą chyżością; to silniki dały ciąg i statek skoczył, podczas kiedy on, wisząc w powietrzu, miał jeszcze poprzednią szybkość. Na szczęście odbił się jakoś nogami, ale akceleracja wyrwała mu z ręki słuchawkę; przez moment wisiał na sznurze telefonu; gdy upadł, rozpłaszczony, ta słuchawka wahała się nad nim, a on robił nieludzkie wysiłki, żeby ją chwycić, ale rozumie się, ważył tonę i nie mógł palcem ruszyć, dopiero jakoś zębami ją złapał i wydał komendę, która ich uratowała. Tę scenę dobrze zapamiętałem, a jeszcze więcej podobał mi się opis przejścia przez rój. Obłok kurzawy powlókł, uważacie, trzecią część nieba, tylko najsilniejsze gwiazdy przebłyskiwały przez pyłową chmurę, ale to nic, bo w pewnej sekundzie bohater zobaczył w ekranach, że z tego tajfunu żółtego idzie blado świecąca smuga o czarnym jądrze — nie wiem, co to miało być, ale popłakałem się ze śmiechu.