
Napoleon się uśmiechnął.
– Masz rację – przyznał. – A może nie. Nie wiem. Ale mógłbyś to opowiedzieć i może parę osób by ci uwierzyło, a to by już było dobrze. Dawnej, wtedy, nikt nam nie wierzył. Nawet kiedy braliśmy leki.
Znów spojrzał na zegarek i nerwowo zaszurał nogami.
– Powinieneś wracać – powiedziałem.
– Muszą wracać – powtórzył.
Staliśmy w niezręcznym milczeniu, aż się odwrócił i odszedł. W połowie ścieżki znów się odwrócił i niepewnie pomachał, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy mnie zauważył.
– Opowiedz! – zawołał. A potem szybko odszedł, swoim zwykłym, trochę kaczkowatym chodem. Znów trzęsły mu się ręce.
Było już po zmroku, kiedy w końcu zamknąłem się w bezpiecznych czterech ścianach swojego małego mieszkanka. W żyłach pulsowało mi nerwowe zmęczenie, płynące krwiobiegiem obok czerwonych i białych krwinek. Spotkanie z Napoleonem i to, że użył mojego szpitalnego przezwiska wznieciły we mnie różne uczucia. Mocno się zastanawiałem, czy nie wziąć jakichś proszków. Wiedziałem, że mam takie, które powinny mnie uspokoić, gdybym za bardzo się wzburzył. Ale nie zrobiłem tego. „Opowiedz historię”, powiedział.
– Jak? – spytałem na głos ciszę mojego domu. Pytanie rozbrzmiało echem.
– Nie możesz jej opowiedzieć – przekonywałem sam siebie. A potem zadałem sobie pytanie: Dlaczego nie?
Miałem długopisy i ołówki. Brakowało mi papieru.
Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Przez chwilę zastanawiałem się, czy to niejeden z moich głosów powrócił i szeptał do ucha szybkie sugestie i łagodne polecenia. Znieruchomiałem, nasłuchując uważnie. Spomiędzy odgłosów ulicy próbowałem wyłowić charakterystyczne tony znanych mi przewodników przebijających się przez mozolny warkot klimatyzatora w oknie. Ale nie umiałem ich wychwycić. Nie wiedziałem zresztą czy naprawdę się pojawiły. Przywykłem jednak do niepewności.
