
Kiedy ambulans z dygotem zatrzymał się przed wejściem do szpitala, chłopak usłyszał jeden ze swoich głosów, wybijający się z odmętów strachu: Zabiją cię tu, jeśli nie będziesz uważał.
Mężczyźni z ambulansu wydawali się nieświadomi wiszącego nad nimi niebezpieczeństwa. Z trzaskiem otworzyli drzwi samochodu i, nie siląc się na delikatność, wyciągnęli Francisa na noszach na kółkach. Poczuł krople deszczu na twarzy, mieszające się z potem na czole. Potem dwaj mężczyźni wwieźli go przez szerokie, podwójne drzwi do świata ostrych i surowych świateł. Jechali korytarzem, kółka noszy piszczały na linoleum i na początku Francis widział tylko szary, łaciaty sufit. Był świadom, że na korytarzu są też inni ludzie, ale za bardzo się bał, żeby się do nich odwrócić. Zamiast tego wbijał wzrok w sufit i liczył świetlówki, pod którymi przejeżdżał. Kiedy dotarli do czwartej, sanitariusze stanęli. Francis zdał sobie sprawę, że ktoś podszedł do noszy.
– W porządku, panowie – usłyszał tuż nad głową. – Przejmiemy go.
Potem nagle pojawiła się nad nim wielka, okrągła, czarna twarz, pokazująca w uśmiechu szeroki rząd nierównych zębów. Twarz wystawała z białego pielęgniarskiego kitla, na pierwszy rzut oka o kilka numerów za małego.
– W porządku, panie Francis Xavier Petrel. Nie będzie pan nam sprawiał żadnych problemów, prawda?
Mężczyzna mówił śpiewnym tenorem, tak że jego słowa zawierały tyle samo groźby, ile rozbawienia. Francis nie wiedział, co odpowiedzieć.
Z drugiej strony noszy w jego polu widzenia pojawiła się niespodziewanie druga czarna twarz.
