
Uważaj, co mówisz! – krzyknął jeden z głosów.
– Wie pan, dlaczego tu trafił? – zapytał doktor. Wydawał się tym autentycznie zainteresowany.
– Nie jestem pewny – odparł Francis.
Doktor Gulptilil zajrzał w kartę.
– Najwyraźniej przestraszył pan kilka osób – powiedział powoli. – A one chyba uważają, że potrzebuje pan pomocy.
Mówił z delikatnym brytyjskim akcentem, angielszczyzną, która zerodowała przez lata spędzone w Stanach Zjednoczonych. W pokoju było ciepło; jeden z grzejników pod oknem syczał.
Francis pokiwał głową.
– To była pomyłka – oznajmił. – Nie chciałem. Wszystko trochę wymknęło mi się spod kontroli. Naprawdę to był wypadek. Zwykły błąd w ocenie. Chciałbym wrócić do domu. Przepraszam. Obiecuję, że się poprawię. Bardzo się poprawię. To była pomyłka. Nic nie znaczyła. Naprawdę. Przepraszam.
Doktor pokiwał głową, ale raczej nie w reakcji na odpowiedź Francisa.
– Czy słyszy pan w tej chwili głosy? – zapytał. Powiedz, że nie!
– Nie.
– Nie?
– Nie.
Powiedz mu, że nie wiesz, o czym mówi! Powiedz, że nigdy nie słyszałeś żadnych głosów.
– Nie do końca rozumiem, o co panu chodzi z tymi głosami – powtórzył Francis.
Bardzo dobrze!
– Pytam, czy słyszy pan głosy osób fizycznie nieobecnych. Czy może słyszy pan to, czego nie słyszą inni?
Francis gwałtownie pokręcił głową.
– To by było wariactwo – obruszył się. Zaczynał czuć się trochę pewniej.
Doktor przyjrzał się karcie, potem znów podniósł wzrok na Francisa.
– A więc dlaczego członkowie pana rodziny wiele razy zauważyli, że nie wiadomo do kogo pan mówi?
Francis poruszył się na wózku, zastanawiając się nad pytaniem.
– Może coś im się pomyliło? – W jego głosie znów pojawiła się niepewność.
– Nie sądzę – odparł doktor.
– Nie mam wielu przyjaciół – dodał Francis ostrożnie. – Ani w szkole, ani w sąsiedztwie. Inne dzieci zawsze zostawiały mnie w spokoju. Dlatego często mówię do siebie. Może to właśnie zauważyli.
