
— Jeśliś różdżkarzem, zaczynaj szukać. — Tuż obok niego stanął Bat i spojrzał mu prosto w twarz. — A jeśli nie, i tak szukaj. W ten sposób dłużej pozostaniesz na powierzchni.
Z kamiennej wieży wynurzył się wychudzony człowiek. Minął ich, idąc szybkim, lekko rozkołysanym krokiem prosto przed siebie. Jego podbródek lśnił, pierś była mokra od ściekającej z ust śliny.
— Oto wieża pieców — oznajmił Bat. — Tam właśnie gotuje się cynober, by wydobyć z niego metal. Piecowi umierają po roku do dwóch. Dokąd, różdżkarzu?
Po chwili Wydra obrócił głowę w lewą stronę. Ruszyli w kierunku długiej, pozbawionej drzew doliny, mijając trawiaste wzgórza i pagórki.
— Z tego miejsca już dawno wszystko wydobyto — oznajmił Bat. Wydra zaczął wyczuwać pod stopami dziwną krainę — puste szyby, mroczne komnaty w ciemnej ziemi, pionowy labirynt, najgłębsze studnie wypełnione nieruchomą wodą.
— Nigdy nie było tu wiele srebra, a wodny metal to też pieśń przeszłości. Posłuchaj, chłopcze, wiesz w ogóle, co to jest cynober?
Wydra potrząsnął głową.
— Pokażę ci. Tego właśnie szuka Gelluk: rudy wodnego metalu. Wodny metal pochłania inne metale, nawet złoto. Gelluk nazywa go Królem. Jeśli znajdziesz mu Króla, będzie cię dobrze traktował. Często nas odwiedza. Chodź, pokażę ci. Pies nie może tropić, póki nie złapie zapachu.
