
— Tylko jego. Resztę puśćcie. — Zwracając się do Wydry, dodał niskim, przyjaznym tonem: — Nie broń się.
Wyczuwał w młodzieńcu wielką siłę, tak wielką, że nieco się go obawiał. Lecz strach Wydry okazał się zbyt silny, a umiejętności zbyt skąpe, by mógł skorzystać z magii, aby się uwolnić bądź powstrzymać napastników. Rzucił się na nich i zaczął walczyć niczym zwierzę, póki go nie ogłuszyli. Potem złamali szczękę ojcu i pobili do nieprzytomności ciotkę i matkę, by ich nauczyć, że nie warto wychowywać sztukmistrzów. Zabrali Wydrę i odeszli.
Na wąskiej uliczce nie otwarły się żadne drzwi. Nikt nie wyjrzał, by przekonać się, co to za hałas. Minęło sporo czasu od odejścia zbrojnych, nim pierwsi sąsiedzi wykradli się z domów i zaczęli pocieszać rodzinę Wydry.
— Ten magiczny dar to prawdziwe przekleństwo! — powtarzali. Ogar poinformował swojego pana, że ujęli już tego, który rzucił czar.
— Dla kogo pracował? — spytał Losen.
— Pracował w waszej stoczni, wasza wysokość. — Losen uwielbiał wyniosłe tytuły.
— Kto go wynajął, żeby przeklął statek, głupcze?
— Najwyraźniej był to jego własny pomysł.
— Ale czemu? Co mu z tego przyszło?
Ogar wzruszył ramionami. Nie zamierzał mówić Losenowi, że ludzie darzą go bezinteresowną nienawiścią.
— Mówisz, że ma dar. Możesz go wykorzystać?
— Mogę spróbować, wasza wysokość.
— Poskrom go albo urządź mu pogrzeb — polecił Losen i zajął się ważniejszymi sprawami.
Skromni nauczyciele Wydry wpoili mu dumę i przekazali głęboką pogardę wobec czarnoksiężników, którzy pracowali dla takich ludzi jak Losen, pozwalali, by strach bądź chciwość zwróciły magię na manowce. Dla niego nie było niczego gorszego niż podobna zdrada magicznej sztuki. Toteż martwił go fakt, że nie potrafi gardzić Ogarem.
Zamknięto go w składzie w jednym ze starych pałaców zajętych przez Losena. Pomieszczenie nie miało okien. Drzwi zrobiono z dębowych desek okutych żelazem. Rzucono na nie zaklęcia, które zatrzymałyby nawet znacznie bardziej doświadczonego maga. Losenowi służyli bardzo potężni czarnoksiężnicy.
