Nie powinienem tu przejeżdżać, stwierdził w duchu.

Przyjrzał się dużym, skomplikowanym łóżkom stojącym pod ścianami oddziału. Niestety nie wszystkich chorych skrywały parawany. Za przeszklonymi ścianami dyżurki poruszały się obce postacie, nieco tylko mniej przerażające z racji odległości. Skądś dobiegały ciche, bełkotliwe odgłosy rozmów. Hewlitt nigdy nie przepadał za nieznajomymi. Boczył się nawet na krewnych, jeśli pojawiali się nagle po dłuższym czasie. Zawsze wnosili wówczas jakieś zmiany, burząc zastały i wygodny porządek, dzięki któremu mógł pędzić dni samotnie, ale względnie szczęśliwie. Teraz jednak był między istotami, które były mu dalsze niż ktokolwiek i kiedykolwiek. I sam był sobie winien.

Cała rzesza lekarzy, którzy badali jego przypadek na Ziemi, odradzała mu wyjazd do Szpitala Kosmicznego. Znali jego profil osobowościowy i wiedzieli, czym to się może skończyć. Z drugiej strony żaden z nich nie potrafił go wyleczyć. Stwierdzali tylko oczywiste: że symptomy jego choroby są nietypowe i nadzwyczaj różnorodne, a samo schorzenie nie poddaje się żadnemu zaordynowanemu leczeniu. Sugerowali też, że przyczyną problemów może być jego charakter i skłonność do regulowania wszystkiego, nawet funkcji własnego ciała.

Będąc samotnikiem z konieczności raczej niż z wyboru, Hewlitt musiał jednak jakoś dbać o siebie. Uważał, więc, aby nie stać się ofiarą żadnego wypadku i nie zachorować. Nie był wszakże hipochondrykiem, w każdym razie nie bez reszty. Wiedział, że naprawdę cierpi na poważne schorzenie i że w dobie zaawansowanej medycyny jako obywatel Federacji Galaktycznej ma prawo oczekiwać wyleczenia.

Z jednej strony nie podobało mu się, że trafił między obcych, z drugiej nie chciał przechorować reszty życia, zatem upomniał się o swoje prawa. Teraz jednak zastanawiał się, czy nie wygodniej byłoby pozostać na Ziemi i tam umrzeć. Obawiał się, że tutejsza kuracja, a już z pewnością kontakty z lekarzami, będą go kosztowały więcej zdrowia niż sama choroba.



14 из 241