
Nieco uspokojony, Hewlitt zaczął się przyglądać uważniej mijanym istotom. Nie zamykał więcej oczu i nie kulił się, gdy podchodziły bliżej. Do wszystkiego można przywyknąć, pomyślał, ale kilka minut później gotów już był w to zwątpić.
— Co to za odrażający potwór? — spytał, wskazując istotę, która właśnie ich minęła.
Siostra nie odpowiedziała, dopóki nie skręcili na skrzyżowaniu, a stworzenie zniknęło im z oczu.
— W fizjologicznej klasyfikacji to typ PVSJ, illensański chlorodyszny, który w naszej tlenowej atmosferze nosi skafander ochronny. Illensańczycy mają bardzo czuły słuch i dobrze byłoby, gdyby pan o tym pamiętał.
Hewlitt nie pamiętał, by dostrzegł u stworzenia coś, co przypominałoby uszy. Oczu, nosa czy ust też zresztą nie zauważył. Widział jedynie fałdy połyskliwej plątaniny czegoś, co przypominało mu zbity kłąb roślinności skryty częściowo w żółtawej mgiełce wewnątrz przezroczystego skafandra.
— Siostro — rzekł z naciskiem — niezależnie od tego, jak ma wyglądać moje leczenie, nie życzę sobie, aby coś takiego plątało się w pobliżu!
