
– Uratujemy ją – zapewnił Win. – Bądź co bądź służymy dobru.
– Rzecz do dyskusji.
– Uwierz w siebie, przyjacielu.
– Mam na myśli służenie dobru.
– No wiesz!
– Już nic nie wiem.
Win wysunął szczękę z taką miną, jakby przypłynął do Ameryki na pokładzie Mayflower.
– Ach, ten twój kryzys moralny. Fi donc! – powiedział. W kabinie odrzutowca firmy Lock – Horne powitała ich blond seksbomba o matowym głosie, jakby żywcem wyjęta z burleski. Wśród chichotów i krygów podała im drinki. Win uśmiechnął się do niej, a ona do niego.
– Ciekawe – rzekł Myron.
– Co?
– Zawsze wynajmujesz zmysłową stewardesę. Win zmarszczył brwi.
– Na litość boską – rzekł. – Ona woli być nazywana asystentką pokładową.
– Wybacz mi prostacki brak taktu.
– Więcej pobłażliwości, Myron. Zgadnij, jak ma na imię.
– Tawny?
– Ciepło. Candi. Z „i” na końcu. W miejsce kropki rysuje serduszko. Win potrafił bardziej świntuszyć, ale Myron wolał o tym nie myśleć.
Usiadł w fotelu. Przez głośnik powitał ich imiennie pilot i wystartowali. Prywatny odrzutowiec. Jacht.
