
— Rzuć to! — wrzasnął jeden ze strażników rozdygotanym głosem. - Rzuć to, zbóju! Pójdziesz z nami!
Drugi strażnik kopnął stół, nie pozwalający mu obejść Riva z boku.
— Leć po ludzi, Treska! — krzyknął do trzeciego, trzymającego się bliżej drzwi.
— Nie trzeba — rzekł nieznajomy, opuszczając miecz. - Sam pójdę.
— Pójdziesz, psie nasienie, ale na powrozie! — rozdarł się ten rozdygotany. - Rzuć miecz, bo ci łeb rozwalę!
Riv wyprostował się. Szybko chwycił klingę pod lewą pachę, a prawą, uniesioną do góry, w stronę strażników, nakreślił w powietrzu skomplikowany, szybki znak. Błysnęły ćwieki, którymi gęsto nabijane były długie aż do łokci mankiety skórzanego kaftana.
Strażnicy momentalnie cofnęli się, zasłaniając twarze przedramionami. Któryś z gości zerwał się, inny znowu pomknął ku drzwiom. Kobieta znów zakrzyczała, dziko, przeraźliwie.
— Sam pójdę — powtórzył nieznajomy dźwięcznym, metalicznym głosem. - A wy trzej przodem. Prowadźcie do grododzierżcy. Drogi nie znam.
— Tak, panie — wymamrotał strażnik, opuszczając głowę. Ruszył ku wyjściu, oglądając się niepewnie. Dwaj pozostali wyszli za nim, tyłem, pospiesznie. Nieznajomy poszedł w ślad, chowając miecz do pochwy, a sztylet do cholewy. Gdy wymijali stoły, goście zakrywali twarze połami kubraków.
II
Velerad, grododzierżca Wyzimy, podrapał się w podbródek, zastanowił się. Nie był ani zabobonny, ani bojaźliwy, ale nie uśmiechało mu się pozostanie z białowłosym sam na sam. Wreszcie zdecydował się.
— Wyjdźcie — rozkazał strażnikom. - A ty siadaj. Nie, nie tu. Tam dalej, jeśli wola.
Nieznajomy usiadł. Nie miał już ani miecza, ani czarnego płaszcza.
