
A ona była jedną z nich, jedną z niewielu. Ona i Tengel. Ale Tengel trwonił swą moc na dobre uczynki.
Że też mu się chciało! Sol w zupełności wystarczyło pięć lat w cnocie i przyzwoitości.
Musiała przystanąć na moment, by popatrzeć na swe bezcenne skarby, do których tak długo tęskniła. Uśmiechnęła się szczęśliwa, przepełniona nadzieją. W węzełku była czaszka nie ochrzczonego dziecka, znaleziona gdzieś pod podłogą ze sto lat temu. Był tam też palec powieszonego przestępcy, serce czarnego psa, ziemia cmentarna, jęzory żmii…
I jeszcze coś! Korzeń mandragory, prawdziwy klejnot. Przekazywany z pokolenia na pokolenie, znaleziony przed wiekami w jednym z krajów śródziemnomorskich, wygrzebany z ziemi na wzgórzu szubienic, tam gdzie pewien morderca w godzinie śmierci rozlał swe nasienie. W tym miejscu właśnie wyrosła mandragora, a jej korzeń w kształcie ludzkiej postaci, wyciągnięty z ziemi, zawodził tak żałośnie, że czarownik, przybyły po niego w czwartkową noc podczas pełni księżyca, oszalał od jego krzyku. Tak głosiła opowieść, którą Sol usłyszała od Hanny. Obiecała strzec bezcennej mandragory jak oka w głowie!
Sol zważyła w ręku powykręcany, zasuszony korzeń. Był spory, dłuższy niż jej dłoń. Nosił ślady po odcięciu bocznych korzeni i koniuszka. Być może uczynił to Tengel Zły, ten z jej przodków, który wzbudzał największy strach. Prawdopodobnie mandragora pochodziła od niego. W każdym razie pewne było, że ucięte kawałki korzenia posłużyły tajemnym uczynkom. Dobrze wiedziała, jak wykorzystać korzeń. Mógł on rozpalić miłość, zniszczyć wrogów, pomóc w zdobyciu bogactwa.
Do korzenia przymocowany był cienki rzemyk. Pochyliła głowę. Teraz to jej własność, zrobi z nią, co zechce.
Rozprostowała rzemyk i zawiesiła mandragorę na szyi. Ciążyła jej na piersiach, wydawała się sztywna, jakby się naprężała, jakby była żywą istotą. Sol przeszedł dreszcz. Z pewnością niedługo się przyzwyczaję, pomyślała.
