
A potem Sol i Are odjechali aleją, lipową aleją Silje. Brakowało w niej jednego drzewa. Pożółkło i uschło, Tengel musiał je ściąć. Było to drzewo baronowej wdowy. Szlachetna dama odeszła, spoczywała teraz na cmentarzu Grastensholm.
Na starym miejscu Tengel zasadził nową, maleńką lipę. Sol dobrze pamiętała tę chwilę i długo nie zapomni nagłego wybuchu gniewu przybranej matki.
– Nie wolno ci więcej zaklinać drzew, Tengelu – mówiła Silje, drżąc na całym ciele. – Męczy mnie to ciągłe przyglądanie się im.
– Są dla mnie wielką pomocą – bronił się. – Wiesz przecież, że dzięki nim mogę odkrywać nie dające objawów choroby.
– Tak, wiem, ale te lipy doprowadzają mnie do rozpaczy i szaleństwa. Kiedy tylko zobaczę pożółkły liść albo leżącą na ziemi gałązkę, chwyta mnie paniczny lęk.
– Jak chcesz – odpowiedział Tengel. – Obiecuję, że nie będę już ich zaklinać. Nie mamy przecież nikogo nowego w rodzinie, komu moglibyśmy przypisać drzewo.
– Nie, ale wszystkie nasze dzieci, cała czwórka, są już dorosłe. Za parę lat możemy spodziewać się wnuków.
Tengel wielkodusznie zgodził się, by nowe sadzonki pozostały już tylko zwykłymi drzewami.
Skończył się las, pojawiła się wioska. Niesiony wiatrem zapach morza uświadomił Sol, że zbliża się do fiordu. W oddali majaczyły dymy z kominów wielu domów. To musiało być Oslo, okolice twierdzy Akershus.
Zaczynało świtać. Księżyc bladł stopniowo, a jasna wstęga nad horyzontem rozszerzała się i coraz intensywniej jaśniała. Po wyjściu z lasu Sol wydało się, że wieś leży pogrążona w szarym blasku, a gdy umilkł szum drzew, uderzyła ją w uszy cisza.
