
Odnalezienie drzewa i wykopanie tego czegoś, co ludzie zakopali, było dla Pafnucego najłatwiejsze w świecie. Znacznie więcej kłopotu przysporzyło mu przyniesienie tego, bo nie mógł przecież wziąć paczki do ręki. Trochę niósł ją w zębach, a trochę turlał, popychając przed sobą tam, gdzie była równiejsza ścieżka. W końcu doniósł nad jezioro do Marianny.
Marianna była zaciekawiona tak, że wręcz nie mogła usiedzieć spokojnie. Pafnucy jadł kolację, a ona oglądała pakunek ze wszystkich stron, usiłowała przewracać go łapkami i próbowała nadgryzać. Przewracanie nie udawało się, bo tajemnicza ludzka rzecz była dla niej za ciężka, ale nadgryźć ją mogła bez trudu.
– No i co to jest? – spytała zdenerwowana. – Z wierzchu jest miękkie, ale w środku ma coś twardego. Pośpiesz się, skończ już to jedzenie i pomóż mi! Ciągle nie wiem, co to jest!
Pafnucy pośpiesznie przełknął kawałek kłącza tataraku i przystąpił do oglądania zdobyczy. Pociągnął pazurami i to coś miękkiego na wierzchu od razu się podarło. Po chwili oboje z Marianną siedzieli nad kompletnie poszarpanym opakowaniem i szczelnie zamkniętą, dużą, żelazną puszką.
– No wiesz! – powiedziała Marianna z oburzeniem. – Czy to jest to, czy jeszcze jest coś w środku? Ja w dalszym ciągu nie wiem, co to jest!
Pafnucy z zakłopotaniem podrapał się w głowę i przewrócił puszkę łapami.
– Ja też nie wiem – powiedział. – Nie znam się na tym, co ludzie robią.
Obydwoje byli tak zajęci, że wcale nie zauważyli lisa, który zbliżył się i usiadł za krzakiem, obserwując ich uważnie. Był to lis bardzo mądry i bardzo doświadczony. Znał oczywiście Mariannę i Pafnucego, ale widywał ich rzadko, bo mieszkał dość daleko, na innym końcu lasu. Miał na imię Remigiusz.
