– Zwolnij trochę, bo się udusisz – powiedział. – I mów, co się stało?

Sapiąc i dysząc, przerywanym głosem Pafnucy opowiedział o wszystkim. Zanim skończył mówić, dogoniła ich nie tylko wilczyca, ale także wilczęta, nadstawiające z zaciekawieniem uszu. Na wiadomość, że ma zastępować psa, wilk się trochę skrzywił.

– Mam nadzieję, że nikt z tych ludzi nie będzie trzymał niczego do strzelania – powiedział z niechęcią. – Gdybym był tego pewien, straszyłbym ich z przyjemnością. Ale niech będzie, zaryzykujemy. Rozumiem, że trzeba ratować las.

– Wielki tłum ludzi to gorsze niż koniec świata – mruknęła posępnie wilczyca.

– Nie czekajcie na mnie! – wysapał Pafnucy. – Pędźcie prosto do starego dębu. Tam już z pewnością ptaki zaczęły to przynosić. Ja jeszcze po drodze skoczę nad jezioro. Strasznie schudnę przez te gonitwy.

– Nic nie szkodzi, zdążysz się jeszcze utuczyć przed zimą! – zawołała pocieszająco wilczyca, mijając go w pędzie.

Kiedy Pafnucy dotarł z powrotem nad jezioro, ptaki zabierały właśnie ostatnie świecące przedmioty. Wykonywać tę pracę mogły tylko większe, małe towarzyszyły im z ciekawości. Dla ich maleńkich dziobków przedmioty były za ciężkie.

Marianna nałowiła ryb i czekała niecierpliwie.

– Odetchnij trochę i zjedz coś – powiedziała, znacznie już spokojniejsza. – Potem razem pójdziemy do starego dębu.

– A ko, ky kech kukech? – zdziwił się Pafnucy z pyszczkiem pełnym ryb.

– Jestem pewna, że pytasz, czyja też pójdę – powiedziała Marianna z irytacją. – Chociaż zrozumieć cię absolutnie nie można. Ile razy mam ci powtarzać, że to niegrzecznie mówić i jeść równocześnie? Ale już trudno, jedz prędzej. Owszem, ja też pójdę, bo mam nadzieję, że przy okazji zobaczę konie. Załatwisz mi to.



21 из 226