
– Dlaczego miałby się bać? – zdziwił się Pafnucy. – On mnie zna doskonale.
Obaj przez chwilę byli niezmiernie zdziwieni. Wreszcie Pucek pokręcił głową.
– To jakiś wyjątkowy człowiek – zawyrokował. – Pewnie leśniczy. Cała reszta ludzi jest do niczego, w ogóle nie rozumieją, co się do nich mówi. Czasem jeszcze mój pan coś rozumie, a poza tym nikt.
– Szkoda – zmartwił się Pafnucy.
– Nie masz czego żałować – powiedział Pucek stanowczo. – A teraz przepraszam cię bardzo, ale muszę się zająć owcami, bo widzę, że się za bardzo rozlazły. Przychodź tu częściej, to sobie jeszcze porozmawiamy.
Pafnucy pożegnał się grzecznie i poszedł z powrotem do lasu.
Marianna wyłowiła już mnóstwo ryb na kolację i niecierpliwie czekała na swojego przyjaciela. Słońce zachodziło, kiedy nadbiegł Pafnucy, zasapany i bardzo głodny. Spieszył się do Marianny uszczęśliwiony, że ma tyle nowych, interesujących wiadomości. Od razu zaczął równocześnie jeść i opowiadać.
– Ygałem łowy – powiedział. – Ałgo yłe.
– Może jednak najpierw przełknij – poradziła Marianna. – Po pierwsze, możesz się zakrztusić, a po drugie, ja i tak nie rozumiem, co mówisz. Czy to jakiś obcy język?
Pafnucy szybko przełknął czwartą rybę.
– Nie – powiedział znacznie wyraźniej. – Chciałem ci powiedzieć, że poznałem krowy. Bardzo miłe.
Wepchnął do ust piątą rybę i dodał:
– Y ohe y ha ukka.
– Przestań gadać, dopóki nie zjesz! – zdenerwowała się Marianna. – Nie mam nastroju do zgadywania, co to jest ohe yha ukka!
– I owce, i psa Pucka – wyjaśnił Pafnucy. Po czym posłusznie zamilkł i milczał aż do końca kolacji, a Marianna posykiwała niecierpliwie.
Skończył wreszcie jeść i opowiedział o swoich wszystkich nowych znajomościach. Marianna słuchała z wielkim zainteresowaniem.
– Bardzo mnie ciekawią te nerwowe konie – powiedziała. – Koniecznie musisz je poznać osobiście i wszystko mi o nich opowiedzieć.
