A kiedy wszedł do gabinetu, jej zdziwienie wzrosło. Przeszło w oszołomienie. Najtajniejszymi zakamarkami mózgu i całego systemu nerwowego zareagowała na stojącego przed nią mężczyznę, poetę. Poczuła, że serce jej drgnęło i pomyślała: no, no. Uważaj, uważaj.

Był od niej sporo wyższy, miał z metr osiemdziesiąt osiem. Kształtny nos, mocno zarysowany podbródek, rysy regularne jak rytm w jego wierszach. Włosy długie, brązowopłowe, lśniące. Opalenizna człowieka pracującego na świeżym powietrzu. Uśmiechnął się, miała nadzieję, że nie drwi w duchu z jej wzrostu, niezdarności ani cielęcego wyrazu twarzy.

Wieczorem zjedli kolację, potem wybrali się do klubu jazzowego – mimo zaplanowanego szkolnego wieczoru, jak Katie nazywała swoje wieczory poświęcone redagowaniu. O trzeciej nad ranem odwiózł ją do domu, stokrotnie przepraszając, pocałował cudownie w policzek, po czym odjechał taksówką.

Katie stała na schodkach przed domem. Dopiero teraz nieco się ocknęła. I zaraz zadała sobie pytanie: czy Matthew Harrison jest żonaty?

Nazajutrz rano znów zjawił się w jej gabinecie, ale już w południe oboje wyrwali się na wczesny obiad i potem nie wrócili do pracy. Pobiegli do muzeum. Okazało się, że Matt świetnie się zna na sztuce. Wciąż myślała, co to za facet. I dlaczego pozwalam sobie wobec niego na takie porywy?

A potem, dlaczego nie miałabym się tak czuć przez cały czas.

Wieczorem przyszedł na kolację do jej domu. Katie nadal dziwiła się takiemu, a nie innemu obrotowi spraw. W swoim najbliższym środowisku uchodziła za osobę oszczędzającą cnotę, zanadto romantyczną i staroświecką w sprawach seksu, ale teraz nie zdołała się oprzeć temu przystojnemu, pociągającemu malarzowi i poecie z Martha`s Vineyard.

Przy akompaniamencie wieczornego deszczu po raz pierwszy poszli do łóżka, a Matt zwrócił jej uwagę na muzykę kropli bębniących po chodniku i w konarach drzew przed domem. Owszem, było to nader nastrojowe, ale niebawem przestali słyszeć szum deszczu czy cokolwiek innego, bo tak ich ciągnęło do siebie.



23 из 84